Po bohaterach ojczyzny, ognia!

Mając 17 lat raczej nie chce się oddawać życia ani za wartości, ani za cokolwiek innego. Właśnie w tym wieku była Danuta Siedzikówna, gdy stanęła przed wyborem – zdradzić i żyć czy być wiernym i cierpieć.

Danuta – która przeszła do historii, jako „Inka” prowadziła normalne życie. Miała jednak pewne problemy w relacjach z rówieśnikami – była to rzecz bardzo prozaiczna – miała specyficzny grymas twarzy, który był obiektem drwin kolegów i koleżanek. Gdy trafiła z tym do lekarza, dostała obietnicę – będzie mogła pójść na operację, gdy skończy 18 lat. Ale do tego czasu miało się wydarzyć w jej życiu coś innego.

1 września 1939 roku Niemcy zaatakowali Polskę, jednak dla obszarów z których pochodziła „Inka” ważniejsza była data 17 września, kiedy Sowieci zrobili to samo. Danuta – a właściwie Danusia – miała zaledwie 11 lat. Wtedy zaczęła się dla niej seria życiowych tragedii – zesłanie, a później śmierć ojca w służbie w Armii Andersa i zamordowanie matki przez Gestapo. Już w wieku 14 lat „Inka” została sierotą.

"Inka" w służbie AK

„Inka” w służbie AK

W takich okolicznościach „Inka” zdecydowała się wstąpić do Armii Krajowej. Oczywiście nie mogła być żołnierzem walczącym z bronią w ręku. Odbyła więc kurs sanitariuszki. Poza tym, była kancelistką w nadleśnictwie w Hajnówce. I właśnie tam została aresztowana w maju 1945 – wraz z całym personalem nadleśnictwa. Podejrzenie? Przynależność do nielegalnej organizacji.

Jednak konwój, w którym znajdowała się „Inka” został zaatakowany przez grupę „Konusa”, która wchodziła w skład słynnej brygady majora „Łupaszki” – jednego z najsłynniejszych żołnierzy podziemia antykomunistycznego. W ten sposób Danuta Siedzikówna została uratowana. Ale teraz znalazła się w środku lasu i dodatkowo była poszukiwana przez UB. Zdecydowała się więc dołączyć do grona żołnierzy majora Łupaszki. Została tam sanitariuszką. Nie brała udziału w walkach, do nikogo nie strzelała, nikogo nie zabiła. Jedynie pomagała rannym – i to po obu stronach. Zachowały się relacje, według których „Inka” ratowała również milicjantów.

Przez długi czas skutecznie ukrywała się przed funkcjonariuszami UB rozpracowującymi – jak to sami ujmowali – „bandę Łupaszki”. W końcu jednak wpadła – w nocy z 19 na 20 lipca 1946 roku została aresztowana.

Ale po co służby formułującego się jeszcze komunistycznego państwa zawracały sobie głowę zaledwie 17-letnią dziewczyną, której rola w oddziałach leśnych ograniczała się do pomocy rannym? Odpowiedź była prosta – Danusia, jako pełnoprawny członek oddziału, znała lokale oraz ludzi i pseudonimy. A przede wszystkim mogła znać miejsce przebywania dowódcy grupy – Zygmunta Szendzielarza „Łupaszko”. Gdyby więc „Inka” zaczęła zeznawać prawdopodobnie zostałaby zwolniona. Ale za to naraziłaby innych ludzi na śmierć, czego była świadoma. Mówiła potem – „Tylu ludzi mogło umrzeć. Lepiej, że ja jedna zginę”.

Jej proces był bardzo trudny. W tamtych czasach przesłuchujący nie byli miłymi panami w garniturach, którzy próbują skłonić do zeznań siłą argumentów. Inka była bita i poniżana. Częścią jej katuszy było chociażby umieszczenie w jej celi żon UB-eków, które ówcześnie przekonano, że „Inka” jest współ- lub nawet całkowicie odpowiedzialna za śmierć ich mężów. Co się działo wtedy w tamtej celi, możemy sobie tylko wyobrazić.

Jaki zarzuty zostały postawione „Ince”? Wydanie rozkazu rozstrzelania funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa. Według prokuratura Wacława Krzyżanowskiego niepełnoletnia sanitariuszka wydawała rozkazy regularnej armii. Absurdalności tej tezy nie trzeba tłumaczyć. Sanitariuszki nie wydają rozkazów żołnierzom. A już zwłaszcza sanitariuszki będące dziećmi. Prokurator żądał kary śmierci. Do oskarżenia posłużyły zeznania milicjantów, którzy mieli słyszeć jak „Inka” wydaje rozkaz rozstrzelania UB-eków. Tłumaczyli potem te zeznania strachem i tym, że nie wiedzieli co podpisują. Jeden z funkcjonariuszy wyłamał się z oskarżycielskiego tonu swoich kolegów – był to Mieczysław Mazur. Był on ranny w potyczce, które stała się przedmiotem „postępowania”. Ten milicjant zaświadczył, iż „Inka” miała torbę Czerwonego Krzyża i pomogła mu, podając bandaż.

Protokół z wykonania wyroku śmierci

Protokół z wykonania wyroku śmierci

Wyrok „w imieniu Rzeczpospolitej Polskiej” był jednoznaczny – kara śmierci przez rozstrzelanie. Stało się tak pomimo, że sąd w uzasadnieniu nie poparł zarzutu o wydaniu przez „Inkę” rozkazu rozstrzelania funkcjonariuszy. Została ona skazana za działalność w organizacjach zmierzających do obalenia „demokratycznego” ustroju państwa i za pośredni udział w morderstwach. Jednak była jeszcze jedna droga ratunku – łaska prezydenta Bieruta. Danusia, gdy przeczytała tekst prośbę o łaskę – w której zawarte było przyznanie się do winy, żal z powodu „wyrządzonych krzywd” i określenie jej oddziału jako „bandy” – zdecydowanie odmówiła podpisania prośby. Jednak zrobił to za nią jej obrońca – Jan Chmielowski.

W tym czasie – jak i później – prasa komunistyczna „dbała” o wizerunek „Inki”. Danuta Siedzikówna była określana, jako „krwawa Inka”, która sieje postrach wśród funkcjonariuszy aparatu państwowego, a nawet wśród ludności cywilnej. Przedstawiano ją jako potwora o „sadystycznym uśmiechu”. Obywatel prezydent nie skorzystał z prawa łaski – głosił dokument dostarczony do organów sądowniczych. W ten sposób los sanitariuszki został przypieczętowany.

O godzinie 6.15 dnia 28 sierpnia 1946 roku wraz z Feliksem Selmanowiczem ps. Zagończyk „Inka” stanęła przed plutonem egzekucyjnym. Pluton egzekucyjny złożony z kilkunastu żołnierzy-ochotników, z których każdy miał karabin maszynowy załadowany 10 pociskami stał około 3 metrów od skazanych. Prokurator odczytał wyrok. Jedne z ostatnich słów, jakie usłyszała „Inka” to komenda: „Po zdrajcach narodu polskiego, ognia!”. Przed salwą pocisków zdążyła – wraz z „Zagończykiem” – zakrzyknąć słowa: „Niech żyje Polska”. Żołnierze zaczęli strzelać.

Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego. Dorośli, wyszkoleni, „pewni politycznie” żołnierze, z których każdy był uzbrojony w popularną pepeszę nie trafili w małą dziewczynę z odległości zaledwie 3 metrów. Co prawda Feliks „Zagończyk” został trafiony, lecz nie śmiertelnie. Wtedy do skazanych podszedł ppor. Franciszek Sawicki i strzałem w głowę zakończył ich życie. „Inka” zdążyła jeszcze krzyknąć „Niech żyje major „Łupaszko”!” Było to na niespełna tydzień przed je upragnionymi 18 urodzinami.

Do dziś nie wiemy, gdzie „Inka” została pochowana. Tuż przed śmiercią poprosiła współwięźniarkę o przekazanie wiadomości do babci – jej fragment brzmiał – „zachowałam się jak trzeba”. Nikt z odpowiedzialnych za jej zamordowanie nie został ukarany. Natomiast wielu z nich czekała jeszcze długa i szczęśliwa kariera w aparacie bezpieczeństwa PRL. Najbliżej odpowiedzialności karnej był prokurator Wacław Krzyżanowski, który zażądał dla „Inki” kary śmierci. Jednak już w wolnej Polsce został uniewinniony w drugiej instancji.

Wyrok na „Ince” został poddany kasacji dopiero w III RP. W 2006 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Lech Kaczyński pośmiertnie odznaczył Danutę Siedzikówną Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2007 roku premierę miał także spektakl Teatru Telewizji – „Inka 1946”.

1. Piotr Szubarczyk „INKA – Zachowałam się jak trzeba”
2. http://www.inka.org.pl/page5.html
3. http://www.inka.witryna.info/mordercy_w_togach.html
4. http://ipn.gov.pl/publikacje/biuletyn-instytutu-pamieci-narodowej/nr-72009/danuta-siedzikowna-inka
5. http://www.inka.witryna.info/wrog_ludu.html

Udostępnij: