Szalony Jack cz. 1

Historia zna przykłady wielu postaci, których życiorysy mogłyby zainteresować scenarzystów. Podpułkownik John Churchill do nich nie należy. Wyczyny tego Anglika nie wyglądałyby bowiem wiarygodnie nawet w hollywoodzkiej superprodukcji. Dość wspomnieć, że walcząc na licznych frontach II Wojny Światowej miał zwyczaj prowadzić swoich podkomendnych do walki uzbrojony w pałasz, długi łuk oraz szkocką broń masowego rażenia – dudy.

John „Mad Jack” Malcolm Thorpe Fleming Churchill, jak na właściciela tak brytyjskiego zestawu imion przystało, urodził się w hrabstwie Surrey w Anglii w 1906 roku. W wieku dwudziestu lat ukończył Królewską Akademię Wojskową w Sandhurst i został przydzielony do słynnego regimentu manchesterskiego. Jego ekscentryzm ujawnił się już podczas służby w Birmie na początku lat trzydziestych. Wracając z kursu sygnałowego w zachodnich Indiach postanowił pokonać 2000 kilometrów na motocyklu. Wyprawa zakończyła się ciekawym zderzeniem z lokalną fauną: Churchill wjechał swoim Zenithem w bawoła wodnego.

Na takim motocyklu Jack odbył swoją pionierską wyprawę.

Na takim motocyklu Jack odbył swoją pionierską wyprawę.

Równie pionierską podróż odbył w Birmie, pokonując jednośladem 800 kilometrów dzielące Maymyo i Rangun. Jazdę utrudniały drobne niedogodności, takie jak całkowity brak dróg i liczne rzeki. Szalony Jack podążał wzdłuż torów kolejowych a przeprawiając się przez wiadukty pchał swój motocykl po szynach, samemu skacząc po drewnianych podkładach. W Birmie rozpoczął również naukę gry na dudach, pod okiem nauczyciela z oddziału Cameron Highlanders. Do nowego hobby podszedł z właściwą sobie determinacją i wkrótce dorównywał dudziarzom ze szkockiego pułku.

Churchill należał do ludzi traktujących czas pokoju jako irytującą przerwę pomiędzy wojnami. Nic dziwnego, że kolejne lata służby spędzane w Anglii doprowadzały go do coraz większej frustracji. Skłonność do odstępstw od regulaminu oraz zwyczaj grania na dudach o trzeciej w nocy nie przysparzały mu popularności. Szanse na awans ostatecznie przekreślił pojawiając się na paradzie z parasolem w ręku i informując adiutanta, że „przecież pada, sir!”. W końcu postanowił odejść z armii i poszukać innego zajęcia. Pracował między innymi jako dziennikarz w Kenii, model i statysta filmowy. Nie porzucił swojego ukochanego instrumentu – w 1938 zajął drugie miejsce w oficerskich mistrzostwach dudziarskich, jako jedyny Anglik wśród ponad siedemdziesięciu uczestników. W międzyczasie zaczął trenować łucznictwo. Wrodzona zawziętość ponownie dała o osobie znać i w 1939 roku Churchill reprezentował swój kraj na mistrzostwach świata w Oslo.

Podczas Mistrzostw Świata w 1939.

Podczas Mistrzostw Świata w 1939.

W zachodniej Europie wieść o inwazji III Rzeszy na Polskę spotkała się z różnorodnym przyjęciem, jednak tylko jedna osoba zareagowała autentycznym entuzjazmem. Szalony Jack natychmiast wrócił do wojska, z satysfakcją stwierdzając, że „kraj wpadł w niezłe tarapaty pod moją nieobecność.” Bezczynne czekanie podczas dziwnej wojny szybko go znudziło, więc zgłosił się do ochotniczej jednostki mającej pomóc Finom w walce z ZSRR. Wyprawa nie doszła ostatecznie do skutku, ale w międzyczasie sitzkrieg przerodził się w blitzkrieg i stacjonujący we Francji Churchill mógł wreszcie rzucić się w wir walki. Nie trzeba chyba dodawać, że jego podejście do wojny było, delikatnie mówiąc, niekonwencjonalne. Uwielbiał szybkie działania rajdowe i brawurowe kontrataki, najczęściej dowodząc niewielkimi grupami żołnierzy. Ruszał do boju uzbrojony nie tylko w dudy, ale również łuk oraz szkocki pałasz. Jak sam później powiedział, „każdy oficer ruszający do akcji bez miecza, jest niewłaściwie umundurowany”. Kiedy jego kompania została otoczona w pobliżu Bèthune, dał sygnał do otwarcia ognia zabijając niemieckiego żołnierza… strzałem z łuku. Podczas odwrotu spod Dunkierki został postrzelony z karabinu maszynowego. Jak sam wyjaśnił później, „moi ludzie krzyczeli, żebym biegł, ale byłem zbyt zmęczony”. Wkrótce zdobył swoje pierwsze odznaczenie – Krzyż Wojskowy. W rekomendacji napisano:

„27 maja kompania pozostająca pod jego dowództwem została zaatakowana i w konsekwencji otoczona. Pomimo tego prowadził ogień z dwóch karabinów maszynowych aż do wyczerpania amunicji, następnie zniszczył je i przedostał się przez teren wroga, by wreszcie zameldować się w kwaterze głównej.” [3]

Jednak romantyczno-awanturniczy charakter Szalonego Jacka lepiej oddaje relacja jego przyjaciela, Roberta Kinga-Clarka:

„Rozmawiając z oficerem artylerii, zauważyłem motocykl pędzący drogą przez flamandzkie równiny. Był wciąż dość daleko, kiedy w mocnym wiosennym słońcu rozpoznałem jasne włosy i zawadiacki wąs jeźdźca. Wybiegłem na drogę machając rękami. Pojazd zatrzymał się tuż koło mnie. „Jack!” – krzyknąłem. Wyszczerzył się w odpowiedzi. „Czołem, Clark! Masz coś do picia?”. Spojrzałem na motocykl. Do ramy przywiązany był łuk, w jedną z sakw wciśnięto hełm, z drugiej wystawały promienie i lotki kilku strzał. Nad przednią lampą wisiała czapka niemieckiego oficera – jak wyjaśnił później, pamiątka z pod L’Epinette.” [1]

Po ewakuacji Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego z Francji, Churchill wraz ze swoim oddziałem trafił do Dover. Wolne chwile spędzał ćwicząc strzelanie z łuku na wybrzeżu. Jeden z treningów przerwał wybuch pocisku artyleryjskiego wystrzelonego z niemieckiej baterii po drugiej stronie kanału La Manche, odległej o ponad 40 kilometrów. Gdy Churchill zauważył odłamek wbity w niebieskie pole tarczy, krzyknął do podnoszącej się z ziemi publiczności:

„Panowie! Jeszcze nikt nie trafił w tarczę z takiego dystansu! Jakiś nieznany pierdolony Szkop w Calais właśnie zaliczył 5 punktów!” [5]

Tymczasem na Downing Street, w gabinecie bardziej znanego Churchilla tworzono koncepcję zupełnie nowej formacji wojskowej. Jak to ujął sam premier:

„Należy przygotować operacje specjalnie wyszkolonych jednostek uderzeniowych, które mogą zaprowadzić rządy terroru na terenie zajmowanym przez wroga.” [11]

Wkrótce rozpoczęto poszukiwanie ochotników. Ogłoszenie nie było zbyt precyzyjne, ale zapowiadało wyczerpujący trening i rychłe uczestnictwo w operacjach rajdowych i dywersyjnych na terenach okupowanych przez III Rzeszę. To w zupełności wystarczało Szalonemu Jackowi. Bez wahania zgłosił się na ochotnika zostając tym samym jednym z pierwszych żołnierzy Commando, jednostki stanowiącej pierwowzór współczesnych sił specjalnych. Wkrótce przeniesiono go do Szkocji, gdzie rozpoczęło się mordercze szkolenie.

Znajdź Jacka

Znajdź Jacka

Uczono nie tylko technik rekonesansu, sabotażu i desantu, konstrukcji ładunków wybuchowych, sztuk walki czy szermierki (szablą, nożem i bagnetem), ale również szeroko rozumianego survivalu: czytania i tworzenia map, zdobywania opału i pożywienia, konstrukcji mostów, rozpalania ognia oraz kamuflażu. O realizm dbano do tego stopnia, że część ćwiczeń wykonywano pod ogniem z ostrej amunicji, przy akompaniamencie eksplodujących granatów czy w duszącym dymie. Poważne obrażenia nie należały do rzadkości, odnotowano również co najmniej jeden wypadek śmiertelny. Podczas treningów z wykorzystywania osłon terenowych popełniane błędy sygnalizowano strzelając z karabinów maszynowych tuż przy nieszczęsnych żołnierzach. Nic dziwnego, że skręcone kostki czy kolana wynikające z przemożnej chęci zajęcia osłoniętej pozycji były najpopularniejszą kontuzją.

Nietrudno się domyślić, że Churchill był w swoim żywiole. Wreszcie mógł robić to, do czego został stworzony: czołgać się w błocie, maszerować w ulewnym deszczu po wzgórzach i wrzosowiskach, brodzić w lodowatych strumieniach, skakać z barek desantowych z obnażonym pałaszem w ręku, a przy tym nieustanie świecić przykładem, przeklinając opieszałość i brak zaangażowania podczas improwizowanych wykładów, które wygłaszał do swoich podwładnych w prostym, żołnierskim języku:

„Nie ma nic gorszego niż bezczynne siedzenie na dupie tylko dlatego że przeciwnik zostawił was na chwilę, żeby spróbować szczęścia z oddziałem na waszej flance. Ruszcie się i pomóżcie kolegom, jak tylko się da!” [1]

Szkolenie miało na celu nie tylko przekazanie określonych umiejętności, ale również przyzwyczajenie przyszłych komandosów do stanu mentalnego i fizycznego wyczerpania, który miał im często towarzyszyć podczas operacji bojowych. W słowniku Churchilla nie figurowało jednak słowo „zmęczenie”, więc nie tylko podchodził do ćwiczeń z niesłabnącym entuzjazmem, ale znajdował również czas na doskonalenie swojego talentu dudziarskiego. Na nieszczęście współtowarzyszy, nadal miał w zwyczaju robić to o pogańskich porach i niewypełnione ćwiczeniami noce rozdzierało co jakiś czas przejmujące wycie tego wspaniałego instrumentu. Pobyt w Szkocji przyniósł również sporą zmianę w jego życiu osobistym. Poznał Rosamund Denny, córkę lokalnego magnata stoczniowego, z którą wkrótce się ożenił. Jako niepoprawny romantyk, złożoną na ślubnym kobiercu przysięgę potraktował bardzo poważnie – małżeństwo szczęśliwie przetrwało 55 lat, aż do śmierci Jacka i zaowocowało dwójką dzieci.

W grudniu 1941 roku nowo utworzone oddziały przeszły chrzest bojowy. Wojenny szlak rozpoczęły w Norwegii, szturmem na niemiecki garnizon w Vågsøy. Jack dowodził atakiem na baterię dział położoną na pobliskiej wyspie Måløy. Akcję poprowadził w iście churchilliańskim stylu: odegrał w barce desantowej „March of the Cameron Men” a następnie, jak to opisuje jedna z relacji „rzucił się z pałaszem w ręku prosto w zasłonę dymną wznosząc bojowe okrzyki”. Kilka godzin później do sztabu trafiła wiadomość:

„Måløy i działa zdobyte. Straty niewielkie. Wyburzanie w toku. Churchill.” [2]

Po nadaniu meldunku Jack zabrał się do przeszukiwania kwatery oficera. Zamiast tajnych dokumentów znalazł skrzynkę świetnego wina, którą bez wahania zarekwirował. Świętowanie zwycięstwa przerwała eksplozja ładunku wybuchowego podłożonego przez brytyjskich saperów. Gdy wynoszono go ze zniszczonego budynku, Churchill miotał szkockie przekleństwa i krzyczał do swojego adiutanta, żeby ten „nie porzucał wina”. Na szczęście rany nie były poważne: największe szkody poczyniła pękająca butelka, której odłamek rozciął Jackowi czoło. Zuchwałość, energiczne dowodzenie i odniesione rany ściągnęły na Churchilla uwagę prasy, co specjalnie mu nie przeszkadzało. Jak żartował później:

„Musiałem co jakiś czas smarować czoło szminką Rosamund, żeby podtrzymywać historię o rannym bohaterze.” [1]

Operacja w Vågsøy zakończyła się sukcesem: pojmano ponad setkę jeńców, zwerbowano 70 ochotników do norweskich sił zbrojnych na wygnaniu oraz zniszczono magazyny, doki i cenne dla III Rzeszy fabryki oleju.

 Typowe dla Jacka podejście do niebezpieczeństwa. Rajd w Vågsøy.


Typowe dla Jacka podejście do niebezpieczeństwa. Rajd w Vågsøy.

Ciąg dalszy dostępny tutaj: http://polimaty.pl/2013/08/szalony-jack-cz-2/

Udostępnij: