Szalony Jack cz. 2

Jeszcze większą brawurą Churchill popisał się w Salerno w 1943 roku, kiedy otrzymał zadanie przeprowadzenia nocnego rajdu na pobliskie miasteczko zwane Piegolelli. Wiedząc, że gęste podszycie uniemożliwi ciche podejście, podzielił swoich ludzi na sześć kolumn i kazał im szarżować z różnych stron na pozycje wroga, krzycząc na całe gardło „commando!”.

Szalony plan zadziałał – nie tylko zminimalizował ryzyko bratobójczego ognia, ale również wprowadził nieliche zamieszanie w szeregach nieprzyjaciela – w ciemności niemieccy obrońcy mieli wrażenie, że zaciekłe okrzyki dochodzą zewsząd. Sam Churchill zakradł się tymczasem z innym żołnierzem do miasteczka i zlokalizował niemiecki posterunek. Wraz z towarzyszem podszedł bliżej i głośno krzyknął „hände hoch”.

Niemiecki wartownik nie wahał się długo – nie wiadomo czy bardziej przekonało go wycelowane w niego błyszczące ostrze czy lufa rewolweru. Jack zarzucił jeńcowi smycz od swojej trzydziestki ósemki na szyję i poprowadził go do kolejnego posterunku. To co zrobił później stanowczo dowodzi, że zasłużył na swój przydomek:

„Przystawiłem Szkopowi pałasz do pleców i poprowadziłem do kolejnych posterunków, zmuszając do meldowania się za każdym razem. W ten sposób schwytałem cały garnizon, 42 osoby, w tym obsługę moździerza 81mm.” [1]

Jak udało mu się pojmać kilkadziesiąt uzbrojonych żołnierzy z użyciem wyłącznie straceńczej odwagi, niezachwianej pewności siebie i szkockiego pałasza? Oto odpowiedź:

„Jeśli tylko powiesz Niemcowi głośno i wyraźnie co ma robić i jesteś od niego wyższy rangą, krzyknie „jawohl!” i z entuzjazmem zabierze się do roboty. To czyni z nich tak doskonałych żołnierzy!”. [1]

Za swoją postawę podczas walk we Włoszech Churchill został dwukrotnie uhonorowany wysokim odznaczeniem wojskowym, Orderem za Wybitną Służbę. W uzasadnieniach przewijają się głównie takie sformułowania jak „całkowite lekceważenie zagrożenia”, „niezłomna odwaga” czy „inspirujące przywództwo”. Dowiadujemy się też nieco więcej o jego wyczynach:

„Opanowanie i zupełne ignorowanie niebezpieczeństwa motywowało jego ludzi do utrzymania pozycji pomimo całkowitego wycieńczenia. Podczas jednego z kontrataków znalazł ciężko rannego żołnierza, którego z pomocą adiutanta przeniósł pod ogniem nieprzyjaciela w bezpieczne miejsce ponad 200 metrów dalej. […]

Gdy zajęte pozycje znalazły się pod intensywnym ostrzałem z karabinów maszynowych i moździerzy, podpułkownik natychmiast opuścił sztab i osobiście wizytował każdy przyczółek, poruszając się samotnie by nie narażać życia innych. Przez całą kolejną noc pozostał na służbie, osobiście nakierowując ogień moździerzy i artylerii na wrogie patrole. Gdy nastał świt, po 36 godzinach bez snu osobiście poprowadził dwa długie i wyczerpujące natarcia. […]
Magnetyczna siła jego osobistego przywództwa pchała żołnierzy naprzód, gdy ledwie byli w stanie się poruszać z wyczerpania. Jego nieprzeciętna wytrzymałość i niewzruszoność z jaką wystawiał się na niebezpieczeństwo były wspaniałym natchnieniem wpisującym się w najlepsze tradycje Armii Brytyjskiej.” [3]

Niewiarygodne szczęście towarzyszyło Churchillowi przez większość wojny i zawiodło go dopiero w Jugosławii gdzie komandosi wspierali partyzantów Josipa Broz Tity.

"Mogę zginąć? Gdzie mam się podpisać?"

„Mogę zginąć? Gdzie mam się podpisać?”

Po serii udanych rajdów na dalmackim wybrzeżu zaplanowano większe przedsięwzięcie: próbę zdobycia silnie umocnionej wyspy Brač. Siły niemieckie były skoncentrowane na trzech wzgórzach, do których dostępu broniły zasieki i pola minowe. Gdy atak partyzantów okazał się nieskuteczny, do akcji wkroczyli Brytyjczycy. Churchill dowodził 40 Royal Marine Commando podczas szturmu na Punkt 622. Pod ogniem artylerii, prowadził swoich ludzi przez pola minowe i zapory drutowe, cały czas grając na dudach.

Pomimo ciężkich strat komandosi zdobyli wzgórze, tylko po to by znaleźć się pod jeszcze bardziej intensywnym ostrzałem. Wkrótce Jack zorientował się, że jest prawie sam: spośród sześciu pozostałych przy życiu żołnierzy, trzech było rannych. Z jego relacji przebija typowo angielska flegma:

„Byłem zaniepokojony gdy zorientowałem się, że wszyscy wokół byli uzbrojeni w rewolwery, oprócz mnie –dzierżącego amerykański karabinek.” [1]

Niewielki oddział kontynuował desperacką próbę utrzymania pozycji aż do wyczerpania amunicji. Niemieckie moździerze zabiły kolejnych trzech obrońców. Jack został sam – usiadł na ziemi i zaczął grać „Will Ye No Come Again” aż w końcu na jego pozycję posypały się granaty. Gdy odzyskał przytomność, stali nad nim niemieccy żołnierze.

http://www.youtube.com/watch?v=ULzzuJn9Iu0

Zgodnie z tajnym rozkazem Hitlera z 1942 roku, pojmani komandosi alianccy mieli być natychmiast zabijani. Churchillowi i jego ludziom udało się uniknąć tego losu dzięki honorowości niejakiego kapitana Thünera, który pomimo grożącej mu kary oświadczył: „Jest pan żołnierzem, tak jak ja. Odmawiam wydania pana w ręce tych cywilnych rzeźników z Gestapo.”

List do Kapitana Thünera

List do Kapitana Thünera

Jack zrewanżował się listem, w którym dziękował za dobre traktowanie i zapraszał do swojego mieszkania na wspólną kolację po zakończeniu wojny. Ten skrawek papieru uratował później Thünerowi życie, gdy dostał się w ręce jugosłowiańskich partyzantów.

Ze względu na swoje nazwisko, Churchill trafił na przesłuchanie aż do Berlina. Podobno wychodząc z samolotu wzniecił pożar, po czym oświadczył rozwścieczonemu oficerowi Luftwaffe, że eskortujący go żołnierze palili papierosy i czytali gazety na pokładzie. Po krótkim śledztwie trafił do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen.

Churchill przebywał w Sachsenhausen cały kwartał, pierwszy miesiąc spędziwszy w kajdankach, przykuty do podłogi ciasnej celi. Gdy tylko nadarzyła się okazja, wraz z oficerem RAF przeczołgali się pod ogrodzeniem przez starą rurę kanalizacyjną i ruszyli na północ. Po przejściu dwustu kilometrów zostali ponownie schwytani u wybrzeży Bałtyku, gdy przez pomyłkę weszli do obozu pracy. Stamtąd Churchill trafił do obozu jenieckiego w Austrii, z którego wkrótce uciekł i natychmiast ruszył w stronę Alp. Żywiąc się warzywami, które wyzwalał z okupowanych przez III Rzeszę ogródków i gotował w metalowej puszce, sforsował góry i znalazł się we Włoszech. Jego dwustukilometrowy marsz zakończył się gdy natrafił na kolumnę amerykańskich żołnierzy i przekonał ich, że jest oficerem Brytyjskiej Armii. Jak wspominał później:

„Nie mogłem za bardzo chodzić i byłem tak zziajany, że ledwo dałem radę mówić, ale jakoś udało mi się wykonać wiarygodny salut rodem z Sandhurst i chyba to zadziałało.” [1]

Jack z rozgoryczeniem przyjął wiadomość, że wojna w Europie już prawie się skończyła. Niezwłocznie wyruszył do Birmy, stwierdzając w rozmowie z przyjacielem, że „są jeszcze Japońce, no nie?”. Jednak zanim udało mu się dotrzeć do Indii, na Hiroszimę i Nagasaki zrzucono bomby atomowe, zmuszając Japonię do kapitulacji. Reakcję Churchilla na zakończenie wojny najtrafniej opisuje relacja jego biografa, Rexa Clarka:

„Usiadłem przy barze. Wkrótce pojawił się Jack: miał na sobie kompletny tropikalny mundur podpułkownika z podwójnym Orderem za Zaszczytną Służbę i Krzyżem Wojskowym. […] Po pierwszym łyku whisky spytałem go jak się miewa.
– Całkiem całkiem – odparł i zamilkł na chwilę – Ale wiesz Rex, gdyby nie ci cholerni Jankesi, moglibyśmy pociągnąć tę wojnę jeszcze z dziesięć lat!” [1]

Po zakończeniu wojny, w wieku 40 lat, Churchill przeszedł szkolenie spadochroniarskie i ponownie dał wyraz swej miłości do wszystkiego co szkockie, przenosząc się do pułku Seaforth Highlanders. W 1948 roku trafił do Jerozolimy jako zastępca dowódcy batalionu. Sytuacja na Bliskim Wschodzie była niezwykle napięta: rząd w Londynie rezygnował ze swoich zobowiązań w Mandacie Palestyny, jednak na dzień przed zakończeniem brytyjskiego pełnomocnictwa ogłoszono niepodległość Izraela. Miesiąc przed tymi wydarzeniami Jack nadzorował właśnie paradę wojskową, kiedy otrzymał wiadomość o zasadzce na izraelski konwój medyczny. Sytuacja na miejscu okazała się poważna: kilkanaście ciężarówek Czerwonej Gwiazdy Dawida przewożących pacjentów, lekarzy i pielęgniarki, znajdowało się pod ciężkim ostrzałem ze strony arabskich bojowników. Żołnierze eskortujący konwój odpowiadali co jakiś czas ogniem, ale atakujących stopniowo przybywało. Churchill bez wahania połączył się ze sztabem i wystąpił o wsparcie artyleryjskie. Ze względu na politykę neutralności, którą za wszelką cenę starano się zachować, jego prośba spotkała się z odmową. Zdecydowano się jedynie przysłać dwa pojazdy opancerzone uzbrojone w karabiny maszynowe i działa, apelując do Churchilla, by „starał się powstrzymać od używania karabinów, na litość Boską”. Jack spokojnie przytaknął, dodając że „to armaty są mi potrzebne”. Następnie wysiadł z samochodu i pomaszerował w pełnym mundurze galowym w stronę konwoju, tuż pod lufami arabskich strzelców, po raz kolejny udowadniając, że „Zuchwałość bez granic” to trafny tytuł jego biografii:

„Kiedy tak szedłem wymachując tarninową laską, szczerzyłem się jak szaleniec od ucha do ucha, ponieważ ludzie są mniej skłonni strzelać do ciebie, gdy się uśmiechasz. Pojechałem tam prosto z parady, więc byłem nieźle wystrojony: glengarry [szkocka furażerka – przyp. red.], koalicyjka, kubrak, kilt ze sporranem z końskiego włosia, biało-czerwone skarpety w kratę, a do tego – białe getry! Myślę, że ten strój i mój uśmiech musiały rozbawić Arabów, bo większość z nich ma poczucie humoru. Tak czy siak – nie zastrzelili mnie!” [1]
Churchill zapukał w drzwi najbliższego autobusu i zaoferował ewakuację do wozów opancerzonych. Uwięzieni w środku Żydzi odmówili, przekonani że ocali ich Hagana – żydowska organizacja paramilitarna. Jack podszedł do kilku innych pojazdów i ponowił ofertę, jednak odpowiedź była taka sama. Gdy jeden z jego dwunastu ludzi został zastrzelony przez Arabów, Churchill zdecydował się wycofać, dając obrońcom ostatnią szansę. Po raz kolejny usłyszał „Hagana nas ocali”.

Kilka godzin później rozpoczęła się masakra – 70 członków konwoju zginęło od kul lub ognia, gdy Arabowie obrzucili pojazdy koktajlami Mołotowa. Brytyjski generał zabronił dalszej interwencji, nie chcąc narażać życia żołnierzy…

Churchill rozpoczął pracę w szkole wojskowej w Australii, gdzie zaraził się miłością do surfingu. Po powrocie do Anglii skonstruował własną deskę i jako pierwszy człowiek w historii surfował po fali przyboju rzeki Severn, co upamiętniono w poniższym filmie:

W 1959 ostatecznie odszedł z armii, po trzydziestu trzech latach służby. Pracował w Ministerstwie Obrony, w wolnym czasie konstruując zdalnie sterowane modele okrętów. Z czasem przerzucił się na skalę 1:1 – razem z żoną pływał po Tamizie parowcami. Pomimo licznych prób, nie udało mu się zginąć na polu bitwy – zmarł spokojnie, we własnym łóżku, w wieku 89 lat.

I would like to give special thanks to users of Commando Veterans Association forum for help in gathering source material.

KSIĄŻKI I CZASOPISMA:
[1] CLARK Rex-Kig, „Jack Churchill: Unlimited Boldness”, Fleur-de-Lys Publishing, Cheshire 1997
[2] SMITH Robert Barr, „Fighting Jack Churchill Survived a Wartime Odyssey Beyond Compare”, World War II History Magazine, Lipiec 2005
INTERNET:
[3] http://en.ww2awards.com/person/42161 24.06.13
[4] http://www.specialforcesroh.com/showthread.php?28211-Churchill-John-Malcolm-Thorpe-Fleming 24.06.13
[5] http://www.commandoveterans.org 25.06.13
[6] http://en.wikipedia.org/wiki/World_Archery_Championships 29.07.13
[7] http://en.wikipedia.org/wiki/Commando_Order 06.08.13
[8] https://en.wikipedia.org/wiki/Cross-Channel_guns_in_the_Second_World_War 06.08.13
[9] http://en.wikipedia.org/wiki/British_Army_during_the_Second_World_War 07.08.13
[10] http://en.wikipedia.org/wiki/Rex_King-Clark 07.08.13
[11] http://en.wikipedia.org/wiki/British_Commandos 07.08.13
[12] http://www.lonesentry.com/manuals/commandos/commando-training.html 08.08.13
[13]http://www.london-gazette.co.uk/issues/36615/supplements/3375 08.08.13
[14] http://www.telegraph.co.uk/news/obituaries/7733516/Lieutenant-Colonel-Jack-Churchill.html 08.08.13
[15] http://www.modern-day-commando.com/Jack-Churchill.html 13.08.13

Udostępnij: