Od bohatera do szmuglera

W latach dwudziestych ubiegłego wieku, pewien mały chłopiec miał w zwyczaju codzienne wyczekiwać na pojawienie się na niebie samolotu, trzysilnikowego Fokkera. Biegł za nim do utraty tchu, wykrzykując swoje obietnice o zostaniu lotnikiem.

Gdy maszyna wydawała się obojętna na te gorące zapewnienia, zadziorny dzieciak zbudował sobie prowizoryczne działo przeciwlotnicze. Niecałe dwadzieścia lat później stał się jednym z asów przestworzy, strzegącym nieba nad Wielką Brytanią.

W drodze do niebios Wielkiej Brytanii

Już wkrótce będzie się czym chwalić

Jan Zumbach urodził się 15.04.1915 roku w podwarszawskim Ursynowie. Po maturze (i gorącym romansie z pomocą kuchenną Mirą) wstąpił w szeregi Wojska Polskiego. Ze sprzeciwem matki wobec tych planów poradził sobie podrabiając jej podpis, a jako dokument tożsamości przedstawił świadectwo urodzenia, na którym nie była wyróżniona narodowość. Nie był bowiem obywatelem polskim, lecz szwajcarskim – jego dziadek był emigrantem z tego kraju.

Po odbyciu przygotowawczej służby w piechocie, Zumbach zdał wstępny egzamin do szkoły lotnictwa 2 stycznia 1936 roku. Jeszcze tego samego dnia przeniósł się do Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, w której szlify zdobywali także jego przyszli towarzysze z Dywizjonu 303, m. in. Miroslav Feric i Witold Łokuciewski. 2 listopada 1938 roku zakończył swoje szkolenie i otrzymał stopień podporucznika.

Na wyszkolenie pilotów miała wpływ nie tylko żelazna dyscyplina, ale też postać bankiera z pobliskiej wsi, pana Cholewy. U niego adepci lotnictwa pożyczali pieniądze. Kwota zależała jednak od umiejętności interesanta. Jak wspomina sam pilot, było to niezwykle motywujące zważywszy na fakt, że za żołd z Dęblina można było jedynie wypić kilka kufli piwa lub trzy kieliszki wódki na tydzień.

Wiosną 1939 roku przyszły as uległ poważnemu wypadkowi podczas lądowania. Po wybuchu drugiej wojny światowej ruszył do Warszawy w poszukiwaniu swojej jednostki, choć dopiero co wyleczył urazy. W stolicy okazało się, że o jego towarzyszach z Dęblina nic nie wiadomo, a ponadto podważono jego zdatność do służby wojskowej.

Reakcja była łatwa do przewidzenia. „Nie jestem z piechoty! Do latania zdolność maszerowania nie jest mi potrzebna! Moje stopy, głowa i ręce funkcjonują bez zarzutu! Pan nie ma pojęcia o lataniu!”.

Po sowieckim ciosie z 17 września, przekroczył granicę z Rumunią, a następnie przez Bułgarię oraz Liban dostał się do Francji. Przez większą część swego pobytu wykonywał, podobnie jak inni przybyli tam piloci, tylko loty patrolowe. Mając na względzie przerażający brak dyscypliny i bezczynność panujące wśród Francuzów, bez żalu, udał się po ich kapitulacji w kierunku Wielkiej Brytanii.

Powstrzymać Lwa Morskiego

Zaraz po przybyciu do Anglii największą przeszkodą była bariera językowa, powodująca liczne nieporozumienia. Brytyjczycy zdawszy sobie sprawę, że brakuje im pilotów, utworzyli w Northolt polski dywizjon 303. Angielscy dowódcy potraktowali swoją nową funkcję jako dopust boży.

Powstała jednostka, choć rwała się do walki, nie od razu trafiła na front. Lotnicy uczęszczali na kurs podstawowego słownictwa operacyjnego, odbywali za sterami tylko podstawowe manewry. Polacy ledwo wytrzymywali uwagi na temat swoich zdolności językowych od ludzi o wiele mniej doświadczonych w walce powietrznej. Uważali, że szkolenie zostało doprowadzone do granic absurdu. Poczucie winy za nieudaną obronę ojczyzny zwiększała bezczynność.

Wściekły Donald Jana Zumbacha

Do boju polscy piloci ruszyli 31 sierpnia 1940. Jan Zumbach smak odwetu na Niemcach poznał dopiero 7 września, kiedy zanotował dwa pewne zestrzelenia. Na jego myśliwcu, charakterystycznemu, dzięki wymalowanemu Kaczorowi Donaldowi z kijem bejsbolowym, wraz z upływem czasu przybywało krzyży oznaczających liczbę wyeliminowanych samolotów wroga.

Znakomite wyniki osiągane przez dywizjon w pierwszym tygodniu walki wzbudziły podejrzenie o zawyżanie liczby zestrzeleń. Szef bazy w Northolt postanowił przekonać się o ich prawdziwości na własne oczy. 11 września udał się w przestworza za polskimi pilotami. Po lądowaniu zdołał wykrztusić: „Mój Boże, oni naprawdę ich koszą!”.

15 września Hawker Hurricane z namalowanym Donaldem został zestrzelony, a pilot ratował się skokiem spadochronowym. Spadł w sam środek pola minowego. Przeżył dzięki angielskiemu żołnierzowi, który… strzelał w jego kierunku. Dzięki temu nie zrobił ani jednego kroku.

Stopniowo słowa podziwu dla dywizjonu spływały m. in. z dworu królewskiego czy BBC. Polscy piloci stali się w 1940 roku jednymi z najpopularniejszych ludzi Wielkiej Brytanii. Baza w Northolt była często odwiedzana przez dziennikarzy brytyjskich i amerykańskich z wiodących gazet, takich jak „New York Times”. Na londyńskich przedmieściach mieszkańcy zorganizowali zbiórkę pieniędzy na zakup spitfire’a, którym miał latać Polak. Modne stało się też goszczenie lotników na salonach. Twarz Zumbacha spoglądała nawet z afiszów obligacji wojennych.

Był człowiekiem często bagatelizującym własne osiągnięcia, co widać w jego wpisach do dziennika dywizjonu, nad którym pieczę sprawował Feric. Często po prostu parodiował w nich kwiecisty styl kolegów. Jednak potrafił odłożyć cynizm na bok, co widać w epitafium zapisanym po śmierci Ludwika Paszkiewicza: „Oddał swe życie gdzieś tam wysoko, tam gdzie sprawy ziemi są tak odległe, blask słońca czysty, a Bóg tak blisko”…

Jak doprowadzić do kapitulacji

Gdy bitwa o Anglię wygasła, Zumbach wciąż latał i piął się coraz wyżej w wojskowej hierarchii. W lutym 1945 roku został oficerem dowództwa operacyjnego w sztabie 84. Skrzydła Myśliwskiego RAF.

Co zaskakujące, właśnie pod koniec wojny dostał się do niewoli, i to z dość prozaicznego powodu – pomyłki nawigacyjnej spowodowanej nadmiarem alkoholu, a skutkującej lądowaniem na terytorium wroga.

W oflagu na wyspie Terschelling, Zumbach dawał się Niemcom we znaki wykorzystując swoją przewagę stopnia podpułkownika RAF – nadzorujący obóz Niemiec był kapitanem piechoty morskiej i jako niższy stopniem musiał dopilnować, by przestrzegano panujących między oficerami zwyczajowych uprzejmości. Polak żądał na przykład zakwaterowania w hotelu i możliwości oddania hołdu alianckim żołnierzom pochowanym na pobliskim cmentarzu. Wiedząc o niskim morale przeciwnika, dobił kapitana żądaniem honorowej kapitulacji. Garnizon poddał się 5 maja.

Król przemytu

Po zakończeniu wojny szybko okazało się, że Polacy, niedawni bożyszcza Anglii, nie są w niej mile widziani. Wielką paradę zwycięstwa aliantów w Londynie mogli oglądać jedynie stojąc w tłumie na chodniku. Zumbach, przyzwyczajony do życia na wysokim poziomie adrenaliny, zaangażował się w prowadzenie lotniczego przedsiębiorstwa taksówkowego Flyaway Ltd, a następnie firmy siostrzanej, Airspan Flyaway Limited.

Przewóz pasażerów był tylko przykrywką dla przemytu towarów o znacznej wartości – sztabek złota, zegarków czy papierosów. Pierwsze szlify w przemycie zdobył już podczas wojny, przewożąc nielegalnie podczas jednego z lotów do Brukseli paczuszkę diamentów.

Przemyt przynosił gigantyczne zyski, ale zdarzały się i błędy, powodujące równie zawrotne straty. Kara w wysokości 80 milionów franków okazała się gwoździem do trumny obu firm. Na początku 1957 roku niedawny postrach Luftwaffe otworzył w Paryżu restaurację połączoną z dyskoteką.

Afrykańskie boje

Z powrotem w ojczyźnie

Spokojne życie mieszczanina porzucił już w 1962 roku. Przystał na propozycję dostarczenia samolotów do Katangi walczącej o niezależność od Konga oraz zajęcie się organizacją lotnictwa w tym kraju, w tym werbunku pilotów i mechaników. Później zaangażował się w działania wojenne na terenie Biafry jako najemnik. Afrykańskim mocodawcom (i podziwiającym go tłumom) był znany jako John Brown.

Dla tamtejszych wojsk porwał samolot z Europy i dowodził pierwszą akcją z jego udziałem. Ze względu na dość prowizoryczne wyposażenie, Zumbach dawał swojemu kompanowi sygnał do strzału z karabinu ciągnąc za sznur przywiązany do jego prawego ramienia… Obie secesje zakończyły się klęską.

Jan Zumbach zmarł w 1986 roku. Pochowany został na warszawskich Powązkach. Jak sam pisał: „(…) bywają ludzie, którzy tylko wtedy czują się dobrze, gdy muszą wygrzebywać się z najgorszych trudności. Należałem do nich, brak kłopotów zawsze mnie gniewał”. Biorąc to pod uwagę można zaryzykować stwierdzenie, że umarł jako człowiek spełniony.

Bibliografia:

  • Jan Zumbach, Ostatnia walka, Oficyna Wydawnicza Echo, Warszawa 2007.
  • Lynne Olson, Stanley Cloud, A Question of Honor: The Kosciuszko Squadron: Forgotten Heroes of World War II, Knopf Doubleday Publishing Group, 2007.
  • Bloody foreigners. Untold Battle of Britain, https://www.youtube.com/watch?v=ptijNcDanVw
  • Jan Zumbach, Zagończyk przestworzy, https://www.youtube.com/watch?v=F9UgtcgAM0E

Udostępnij: