Na Niemca z łukiem i mieczem

Włochy, wioska Piegoletti, październik 1943 roku.
Stary Giuseppe wiele już widział w swoim życiu, ale czegoś takiego jeszcze nie. Główną ulicą niewielkiej wioski szło kilkudziesięciu Niemców w brudnych, poszarpanych mundurach, uginając się pod ciężarem taśm z nabojami, karabinów i plecaków. Najbardziej stękali z wysiłku i najwolniej powłóczyli nogami ci, którym przypadło dźwiganie rozłożonego na części moździerza.

Jeden z nich, czerwony na twarzy z wysiłku niósł podstawę, inny taszczył na plecach lufę, a jeszcze inny stojak. Pozostali z równie wielkim trudem nieśli pociski – każdy po kilka. Ci dodatkowo musieli bardzo uważać, by żaden z nich nie spadł na ziemię.

Za nimi kilku Niemców ciągnęło dwukołowy wózek, na którym leżało kilku zakrwawionych nieszczęśników. Ten niezwykły pochód zamykało dwóch ludzi. Jednym z nich był brytyjski kapral ze stenem w ręku uważnie obserwujący jeńców.

Stary Giuseppe spojrzał na drugiego. Szedł z wysoko podniesioną głową,stawiając kroki jak na paradzie. Na jego ramieniu spoczywał ogromny łuk, którego koniec niemal dotykał ziemi, a na plecach kołysał się kołczan ze strzałami. W ręku trzymał miecz. A co to, u diabła, za cudak?

Waleczny muzyk

Jeśli ktoś wybiera się z nożem na strzelaninę to nazywamy go idiotą. W takim razie jak nazwać kogoś, kto w 1939 roku wyruszył na wojnę z Niemcami uzbrojony w miecz i łuk, a na dodatek idąc do walki przygrywał sobie na dudach dla dodania animuszu?

Drugi z prawej – poznacie go po mieczu w dłoni…

Mało tego, że wyruszył – nasiekł Niemców jak Wołodyjowski Szwedów, kilkudziesięciu schwytał żywcem, zdobył niezliczone punkty oporu, a na koniec zwiał z obozu koncentracyjnego…

O takich ludziach jak John Malcolm Thorpe Fleming Churchill (zbieżność nazwisk ze słynnym premierem przypadkowa) mówi się, że ich życiorys mógłby stać się scenariuszem filmu sensacyjnego. Chociaż w jego przypadku tych sensacji wystarczyłoby nawet na serial.

Urodził się w hrabstwie Surrey (inne źródła podają, że w Hong Kongu) we wrześniu 1906 roku w zamożnej rodzinie. Po ukończeniu King William’s College na wyspie Man wstąpił do Królewskiej Akademii Wojskowej w Sandhurst. Wraz z patentem oficerskim otrzymał w 1926 roku przydział do Pułku Manchesterskiego i rozpoczął służbę w Birmie.

Już od najmłodszych lat był niespokojnym duchem. Wszelkie przeciwności losu traktował jako wyzwanie i postępował zgodnie z zasadą „Im gorzej, tym lepiej”. Skierowany na kurs łącznościowców do Poona w Indiach nie wyruszył jak jego koledzy w drogę statkiem i koleją, lecz wyciągnął z szopy swój sfatygowany motocykl i przytroczywszy do niego zapasowe zbiorniki paliwa pomknął do celu bezdrożami. Należy tu wspomnieć, że Rangoon od Poony dzieli bagatela jakieś cztery tysiące kilometrów…

W 1932 wrócił do Wielkiej Brytanii, a cztery lata później zwolnił się z wojska. Został redaktorem angielskojęzycznej gazety w Nairobi w Kenii. Oprócz tego pracował jako model w reklamach oraz statysta podczas kręcenia filmów.

Bardzo zainteresował się łucznictwem oraz grą na dudach (mimo, że nie był Szkotem, lecz czystej krwi Anglikiem). W obu dziedzinach doszedł do mistrzostwa. W 1938 roku zajął drugie miejsce w zawodach dudziarskich w Aldershot (był jedynym Anglikiem wśród uczestników), a rok później reprezentował Wielką Brytanię w międzynarodowym konkursie łuczniczym w Oslo.

Kiedy hitlerowskie Niemcy napadły na Polskę Churchill natychmiast zgłosił się do ponownej służby w Pułku Manchesterskim, który w ramach Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego jeszcze we wrześniu 1939 roku został wysłany do Francji.

Komplet z mieczem i łukiem

Podczas kiedy polska armia wykrwawiała się podczas kampanii wrześniowej, hitlerowskie zagony pancerne wdzierały się wgłąb naszego terytorium, a Luftwaffe rządziła na polskim niebie bezkarnie masakrując cywilów, na zachodzie trwała tragikomiczna „dziwna wojna”. Francuzi i Niemcy zajmujący pozycje na liniach Maginota i Zygfryda częstowali się nawzajem papierosami, obrzucali ulotkami propagandowymi, a nawet… uprawiali grządki z warzywami.

Brytyjczycy i Francuzi mogli spokojnie wkroczyć od zachodu na terytorium Niemiec – dysponowali 110 dywizjami wobec 23 niemieckich. No, ale przecież nikt nie chciał umierać za jakiś tam Gdańsk…

Ta żenująca sytuacja napawała Johna Churchilla obrzydzeniem. Chciał walczyć, a nie brać udział w jakiejś żałosnej tragifarsie. Kiedy Związek Radziecki rozpoczął wojnę z Finlandią zgłosił się na ochotnika do wyjazdu na front, by pomóc Finom w starciu z sowieckim niedźwiedziem. Zanim jednak do niego doszło, wojna się skończyła.

Niemcy dobrze wykorzystali francusko-brytyjską indolencję na froncie zachodnim. Rozprawiwszy się z Polską w maju 1940 roku zaatakowali Holandię i Belgię, obeszli umocnienia Linii Maginota od północy i uderzyli na Francuzów i Brytyjczyków. Ci ostatni zaczęli w panice ewakuować się z Dunkierki na Wyspy. John Churchill w tym czasie był zastępcą dowódcy jednej z kompanii drugiego batalionu Pułku Manchesterskiego. Wybrał z niej kilkunastu żołnierzy, równie niepokornych jak on i sformował z nich coś w rodzaju niezależnego oddziału sił specjalnych. Razem z nimi przeprowadził serię śmiałych ataków na nacierające oddziały niemieckie.

Do walki szedł uzbrojony w długi angielski łuk oraz szkocki miecz claybeg o szerokim ostrzu. Na pytanie jednego z przełożonych dlaczego nosi przy sobie tak archaiczną broń odpowiedział „Sir, uważam, że każdy oficer, który rusza do akcji bez miecza jest niekompletnie uzbrojony!”.

Jest piękny majowy dzień 1940 roku. Do francuskiej wioski L’Epinette zbliża się oddział niemiecki. Kilku żołnierzy podbiega do ściany stodoły położonej na skraju wioski i przywiera do niej. Po chwili ich dowódca ostrożnie wychyla głowę zza rogu i uważnie rozgląda się dookoła. Cisza. Widać Anglicy porzucili w popłochu swoje pozycje i podążyli ku wybrzeżu. Feldwebel wychodzi zza stodoły, zdejmuje hełm, ociera dłonią spocone czoło i daje znak swoim żołnierzom, że mogą przestać się kryć. Nie ma się czego bać. Ci wychodzą zza stodoły.

Nagle rozlega się krótki, cichy świst. Pierzasta strzała wbija się głęboko w pierś feldwebla, który pada jak rażony gromem. Serie z ręcznych karabinów maszynowych zabijają pozostałych Niemców. John Churchill został pierwszym żołnierzem II wojny światowej, który zabił wroga z łuku.

Szast, prast – po kłopocie

Za swoje dokonania pod Dunkierką otrzymał Military Cross oraz dorobił się przezwisk „Mad Jack” oraz „Fighting Jack”. Ta pierwsza przyjęła się znacznie lepiej i odtąd John Churchill stał się znany jako Szalony Jack.

Po powrocie na Wyspy wstąpił do nowo utworzonej jednostki – 2 Batalionu Komandosów i ruszył na szkolenie do Szkocji. To było to, czego szukał – survival w lesie, przeprawy przez rwące rzeki, długie marsze po szkockich górach, nauka posługiwania się różnymi rodzajami broni, walka wręcz, sztuka cichego zabijania. Czuł się wśród komandosów jak ryba w wodzie. Był stworzony do tej roboty.

Jego koledzy byli mniej zadowoleni – nie dość, że ciągle ich popędzał i łajał za najmniejsze błędy to jeszcze miał zwyczaj grać nocami na dudach…

W Szkocji Churchill poznał swoją przyszłą żonę – Rosamundę Denny, córkę bogatego właściciela stoczni. Wzięli ślub w Dumbartonie wiosną 1941 roku.

Szkolenie wkrótce się skończyło. Chrztem bojowym Batalionu Komandosów miała stać się operacja „Archery”, której celem było zniszczenie niemieckich fabryk na norweskiej wyspie Vagsoy. Churchill, dowodzący dwoma kompaniami otrzymał zadanie opanowania stanowisk artylerii nadbrzeżnej na sąsiedniej wyspie Maloy.

Kiedy barki desantowe zmierzały w kierunku wyspy Churchill postanowił zagrzać swoich ludzi do walki grając na dudach „Marsz Klanu Cameron”. Przypuszczam jednak, że skutek był raczej odwrotny do zamierzonego…

W momencie, kiedy barka dotarła do plaży i rampa opadła na piasek odłożył dudy, chwycił miecz i pierwszy rzucił się do walki.

Niemców szybko wystrzelano i wysieczono. Do niewoli trafiło zaledwie kilku żołnierzy i dwie norweskie prostytutki. Działa baterii nadbrzeżnej wysadzono w powietrze.

Krótko po zajęciu Maloy Szalony Jack wysłał do sztabu lakoniczny telegram: „Wyspa zajęta, straty małe, demolka trwa. Churchill”.
Rajd na Vagsoy utwierdził Hitlera w przekonaniu, że Brytyjczycy zamierzają uderzyć na Skandynawię i spowodował przesunięcie ponad 30 tysięcy żołnierzy do Norwegii.

Szalony Jack zarobił za tę akcję kolejny Military Cross i… ranę na czole od kawałka metalu wyrzuconego w powietrze eksplozją ładunku podłożonego przez komandosów.

Będzie się później tą raną chwalił do końca życia i wykorzystywał jako pretekst do opowiadania o swoich wojennych przeżyciach.

Jesienią 1943 roku komandosi zostali przerzuceni w rejon Morza Śródziemnego, gdzie wraz z amerykańskimi rangersami wzięli udział w lądowaniu pod Salerno. Ich zadaniem było wyeliminowanie punktu obserwacyjnego w pobliżu miasta Marina skąd Niemcy mogli kierować ogniem artylerii, by zniszczyć główne siły alianckie lądujące w Zatoce Salerno.

Zmagania były krwawe i trudne. Komandosi i rangersi utknęli w walce pozycyjnej, do której nie byli przyzwyczajeni. Impas przełamał Szalony Jack, który poprowadził swoich ludzi do dramatycznego natarcia.

Otóż pewnej nocy podzielił swoich ludzi na sześć kolumn i nakreślił plan ataku na niemieckie pozycje w okolicy miasta Piegoletti. Teren porastały gęste krzaki, więc bezszelestne podkradnięcie się do nieprzyjaciela nie wchodziło w grę. Zamiast tego Churchill nakazał swoim ludziom nacierać wprost, krzycząc co sił w płucach „Commando!”. Okrzyki, które jak się Niemcom zdawało, dochodziły z każdej strony zdezorientowały ich i komandosi opanowali cele przy minimalnym oporze obrońców.

Sprzątanie wioski

Szalonego Jacka jednak z nimi nie było. W towarzystwie kaprala Ruffella przeniknął do miasteczka, by oczyścić je z Niemców. We dwójkę. Mając do dyspozycji rewolwer, pistolet maszynowy, no i swój szkocki miecz.

Na pierwszy niemiecki posterunek natknęli się tuż za pierwszymi zabudowaniami. Ognik papierosa doskonale widoczny podczas bezksiężycowej nocy zdradził wartownika, który poczuł na szyi chłodne ostrze miecza, a pod łopatką lufę rewolweru. Bez szemrania dał się rozbroić i wziąć do niewoli. Używając go jako żywej tarczy Churchill i Ruffell w ciągu godziny zlikwidowali wszystkie niemieckie posterunki w Piegoletti, w tym obsługę moździerza. Niemcy widząc swoich kumpli z rękami uniesionymi w górę, kaprala Ruffela gotowego ich rozwalić serią ze stena oraz przede wszystkim Szalonego Jacka wymachującego mieczem i rewolwerem nie stawiali oporu.

Po wojnie John Churchill stwierdził nie bez racji, że „Na Niemca wystarczy głośno wrzasnąć i sprawić, by miał poczucie, że ma do czynienia z kimś starszym stopniem. Wtedy trzaśnie obcasami, krzyknie „Ja wohl!” i zrobi wszystko co mu się każe.”.

Churchill i Ruffell wymontowali zamki z niemieckich karabinów i kazali Niemcom dźwigać uzbrojenie i amunicję. Objuczeni ciężkimi przedmiotami Niemcy podczas przemarszu nawet nie myśleli o ucieczce. Pięciu rannych ułożono na dwukołowym wózku.

Po walkach we Włoszech 2 Batalion Komandosów został przetransportowany na wybrzeże Dalmacji, gdzie mieli wspierać jugosłowiańską partyzantkę Josipa Broz Tito. Szalony Jack objął dowództwo Batalionu i razem z około tysiącem jugosłowiańskich partyzantów zainstalował się na wolnej od Niemców wyspie Vis. Stamtąd, przy współudziale Royal Navy jego komandosi zamienili się czasowo w piechotę morską. Przyczajeni na pokładach okrętów Royal Navy dokonywali abordażów na każdy statek zbliżający się do jugosłowiańskiego wybrzeża, wobec którego istniało podejrzenie, że przewozi zaopatrzenie dla Niemców.

Wysyłał także swoich ludzi do ataków dywersyjnych na sąsiednie, zajęte przez Niemców wyspy. Jeden z jego podwładnych, porucznik Barton dowiedział się, że dowódcą niemieckiego garnizonu na wyspie Brac jest jakiś sukinsyn, który mocno daje się we znaki ludności cywilnej. Barton przebrał się za jugosłowiańskiego pastucha, ukrył stena w koszu drewna, który załadował na osła, wszedł do niemieckiego garnizonu, zlikwidował zbrodniarza, po czym bez problemów wrócił na wyspę Vis.

Mad Jack

Niezniszczalny

Dowództwo zaplanowało generalny atak na wyspę Brac. Zadanie było niezwykle trudne. Kluczową sprawą było uchwycenie trzech silnie ufortyfikowanych wzgórz, których zbocza poprzecinane były zasiekami i pokryte polami minowymi. Mogły się one nawzajem wspierać ogniem, a na dodatek wezwać na pomoc artylerię.

Szalony Jack poprowadził nocny atak na jedno z tych wzgórz nazwane Point 622. Oczywiście poprowadził go uzbrojony w nieodłączny miecz, łuk i grając na dudach.

Walka była niezwykle ciężka. Churchill w końcu zdobył wzgórze, ale okupił to straszliwymi stratami w ludziach. Na szczyt dotarł jedynie on i sześciu komandosów, z których dwóch było ciężko rannych. Po chwili niemiecki pocisk moździerzowy zabił trzech z nich i ranił pozostałych.

Najlżej ranny Szalony Jack w tej beznadziejnej sytuacji i w obliczu niemieckiego kontrnatarcia… chwycił dudy i zaczął grać szkocką pieśń „Will ye no come back again?” (opowiada o szkockim bohaterze narodowym Bonnie Prince Charlie, który był… pół-Polakiem, prawnukiem naszego króla Jana III Sobieskiego).

Dowódcą niemieckiego oddziału, który wziął do niewoli Szalonego Jacka był kapitan Thuener, który postanowił zignorować rozkaz Hitlera nakazujący bezwzględną likwidację wszystkich wziętych do niewoli komandosów. „Ja jestem żołnierzem i pan jest żołnierzem. Nie oddam pana w ręce tych bydlaków” – powiedział Churchillowi zapewne mając na myśli funkcjonariuszy Gestapo.

Po wojnie Szalony Jack miał okazję ponownie spotkać Thuenera i podziękować mu za jego rycerskość.

Przewieziono go do Sarajewa, skąd został przetransportowany samolotem do Berlina. Zapewne Niemców zainteresowało jego nazwisko i chcieli sprawdzić, czy naprawdę nie łączą go żadne więzy rodzinne z brytyjskim premierem.

Wychodząc z maszyny na lotnisku Tempelhof Churchill niepostrzeżenie zapalił małą świeczkę i postawił w pobliżu zmiętych papierów. Kiedy z samolotu zaczęły się wydobywać kłęby dymu wyjaśnił wściekłemu pilotowi, że to jego wina, ponieważ w czasie lotu palił papierosa i czytał gazetę.

Po krótkim pobycie w więzieniu Szalony Jack został wysłany do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen. Był to pod wieloma względami jeden z najgorszych obozów śmierci.

Sachsenhausen miał być w założeniach obozem wzorowym – to tam szkolili się komendanci i nadzorcy, którzy potem trafiali do innych kacetów. Tam także testowano najbardziej wydajne metody mordowania więźniów.

Dla Johna Churchilla ta mordownia była po prostu jeszcze jednym wyzwaniem. W sierpniu 1944 roku wraz z pilotem RAF-u wydostał się z obozu kanałem ściekowym. Podążyli w kierunku wybrzeża Bałtyku, jednak zostali schwytani w okolicach Rostocku i wysłani do obozu Niededorf w Austrii strzeżonego przez SS.

Wojna zbliżała się ku końcowi i więźniowie obozu w Niederdorf zaczęli obawiać się, że tuż przed wycofaniem SS-mani ich zlikwidują. Udało im się skontaktować z kapitanem Wehrmachtu Wichardem von Alvensleben, który rozkazał swoim żołnierzom otoczyć obóz. Wobec takiej przewagi liczebnej SS-mani wycofali się nie czyniąc krzywdy jeńcom, którzy wkrótce odzyskali wolność. John Churchill ruszył pieszo na południe. Ósmego dnia wędrówki natknął się na amerykańską kolumnę pancerną.

Wrócił na Wyspy nieco sfrustrowany. Wojna w Europie już się skończyła, a on nie wziął udziału w jej ostatnim okresie. Pocieszył się myślą, że na Dalekim Wschodzie ciągle trwają walki z Japończykami i poprosił o ponowne skierowanie do Birmy.

Kiedy dotarł do Indii dowiedział się, że Amerykanie zrzucili bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Zdenerwowany krzyknął „Gdyby nie ci cholerni Jankesi to moglibyśmy powalczyć jeszcze z 10 lat!”.

Rok później przeniósł się do szkockiego pułku Seaforth Highlanders i przeszedł szkolenie spadochronowe. Wystąpił także w amerykańskim filmie „Ivanhoe”. Zagrał jednego z łuczników strzelających z murów zamku Warwick.

Dwa lata później trafił do Palestyny jako zastępca dowódcy batalionu lekkiej piechoty. Był to bardzo niespokojny czas na Bliskim Wschodzie. Właśnie wygasał Brytyjski Mandat Palestyny, a starcia między licznie napływającymi Żydami, a lokalną ludnością arabską przeradzały się w regularną wojnę domową. A Szalony Jack po raz kolejny poczuł się jak ryba w wodzie.

Któregoś dnia w maju 1948 roku żydowski transport medyczny dostał się w arabską pułapkę na jednej z wąskich uliczek Jerozolimy, niedaleko kwatery głównej Brytyjczyków. Szalony Jack popędził na odsiecz kilkoma transporterami opancerzonymi. Potem koordynował ewakuację żydowskiego szpitala.

Kilka późniejszych lat spędził w Australii, gdzie pracował jako instruktor wojskowy. Odkrył tam swoją kolejną pasję (po grze na dudach, szlachtowaniu wrogów mieczem i szpikowaniu ich strzałami z łuku), czyli surfing. Zaprojektował nawet własny model deski. Zwolnił się z armii w 1959 roku.

Jego ekscentryczny charakter dawał o sobie znać nawet na emeryturze. Wracając codziennie z pracy do domu podmiejskim pociągiem miał zwyczaj wyrzucać w pewnym momencie teczkę przez okno. Dopiero po pewnym czasie wyjaśnił zdumionym pasażerom i konduktorowi, że rzuca ją do własnego ogródka, by nie musieć jej dźwigać ze stacji.

Podpułkownik John „Mad Jack” Churchill, człowiek, który przeszedł II wojnę światową z mieczem i łukiem w garści i prowadził swoich ludzi do ataku grając na dudach zmarł w Surrey 8 marca 1996 roku.

Żródło:

  • Robert Barr Smith, Fighting Jack Churchill survived a war odyssey beyond compare, WWII History Magazine.
  • Ian Drury, The amazing story of Mad Jack, the hero who took on the Nazis with a bow and arrow.
  • Emily Upton, The man who fought in WWII with a sword and bow, http://www.todayifoundout.com.
  • Jack Churchill, http://en.wikipedia.org.
Udostępnij: