Czarna dziura w NGC 1277. To dopiero żarłoczny olbrzym

200 milionów lat świetlnych stąd grasuje kosmiczny stwór o rozmiarach i mocy jaka się filozofom nie śniła. Przebija nawet wizje Christophera Nolana z filmu „Interstellar”.

Kiedy myślimy o zwyczajnej czarnej dziurze (o ile jakąkolwiek czarną dziurę można posądzić o bycie zwyczajną), mamy przed oczami obiekt bardzo masywny, ekstremalnie gęsty, ale raczej o niewielkich gabarytach. Jeżeli wyobrazimy sobie pozostałość po śmierci olbrzyma nawet dziesięciokrotnie masywniejszego niż nasze Słońce okaże się, że nie osiągnie ona średnicy większej niż… 200 kilometrów.

W rzeczy samej, gdybyśmy mogli zgnieść naszą gwiazdkę do granicy Schwarzschilda – do czego w sposób naturalny na pewno nie dojdzie, bo jest za lekka – otrzymalibyśmy czarną dziurkę w rozmiarze XS, której obwód nie przekroczyłby 3-4 kilometrów. Mówimy zatem o upakowaniu masy 330 tysięcy Ziem w ciele wielkości komety 67P/Czuriumow, z którą małe spotkanie miała niedawno wysłana przez ludzi sonda kosmiczna Rosetta.

A co gdybym powiedział wam, że podróżując przez wszechświat można wpaść w dziurę o średnicy liczonej w miliardach kilometrów? Ujmę to tak: Ziemia to pyłek na tle tarczy słonecznej, z kolei potężne z naszej perspektywy Słońce to zaledwie żarząca iskierka w zestawieniu z monstrum zalegającym w centrum galaktyki NGC 1277. Gdyby go ustawić w centrum Układu Słonecznego, przykryłby go całkowicie, sięgając hen za orbitę Plutona. Nawet największej poznanej gwieździe, VY Canis Majoris pozostaje jedynie zarumienić się ze wstydu. To wraz z super-gęstością daje oszałamiający rezultat w postaci masy 17 miliardów mas Słońca.

Porównanie orbity Ziemi, orbity Neptuna i omawianej czarnej dziury

W przybliżeniu to tysięczna część masy całej Drogi Mlecznej – galaktyki zawierającej grubo ponad 200 miliardów gwiazd – zawarta w pojedynczym obiekcie. Żeby było ciekawiej, od razu zaznaczę, że to żaden rekord. Niemal co roku odkrywamy coraz cięższe czarne dziury, czego najlepszym przykładem jest grubas leżący w centrum NGC 4889 w gwiazdozbiorze Warkocza Bereniki. Jego masę szacujemy na mniej więcej 21 miliardów Słońc.

Czymże zatem czarna dziura z NGC 1277 zasłużyła sobie na specjalne zainteresowanie astronomów i dlaczego zawracam nią wasze głowy? Otóż, zasadniczo rozmiary tych grawitacyjnych silników korelują z wielkościami napędzanych przez nie galaktyk. Przykładowo tłuściochy zasiadające na tronach przeciętnie dorodnych galaktyk, jak Droga Mleczna lub Andromeda, nie przekraczają masy 5 milionów Słońc. Nasz Sagittarius A* – nie uchybiając roztaczanej przez niego grozie – stanowi więc ledwie zauważalny ułamek całej galaktyki o masie ponad biliona Słońc. W przypadku NGC 1277 mamy do czynienia z sytuacją kuriozalną, bowiem sama galaktyka prezentuje się co najmniej pięciokrotnie mizerniej od Drogi Mlecznej, a nosi w sobie potwora o masie 17 miliardów Słońc. Dysproporcja wydaje się porażająca: omawiana czarna dziura stanowi od 14% do 16% masy całej galaktyki!

Oczywiście geneza tej, jak i niemal każdej supermasywnej czarnej dziury, wygląda nieco inaczej niż w przypadku ich drobniejszych koleżanek. Niemożliwy byłby przecież scenariusz, w którym taka bestia wyskakuje z supernowej po śmierci pojedynczej gwiazdy; obawiam się, że ślady takiej eksplozji nosiłoby całe kosmiczne sąsiedztwo. Ewolucja najmasywniejszych dziur odbywa się na drodze fuzji, długotrwałego wpadania na siebie czarnych dziur i łączenia w większe. Przez miliardy lat stwory te łykały najbliższe gwiazdy jak landrynki, popijając pobliskimi obłokami, od czasu do czasu przegryzając całość kolejną czarną dziurą. I tak dalej…

Jaki jest wynik kosmicznego obżarstwa każdy widzi.

PS Panie Nolan! I gdzie teraz jest pańska Gargantua? ;)

Udostępnij: