Pogrzeb z pompą. Szlachta nawet umierała z przepychem

Pompa funebris, czyli szlachecki obyczaj pogrzebowy, zdecydowanie różnił się od dzisiejszych pochówków. Wtedy także chciano godnie chować zmarłych, jednak równie bardzo liczyło się przestawienie towarzyszące ceremonii.

Stoły uginające się od jedzenia, barokowy przepych, zdobienia, konstrukcje podtrzymujące trumnę, teatralne procesje, a nawet obecność… sobowtóra zmarłego! Wszystko nasycone bogatą symboliką. Oto prawdziwie szlachecki pogrzeb z pompą.

Pewnego czerwcowego wieczoru 1675 roku*, przez uchylone okno szlacheckiego dworu w  Czarnym Jarze płynął szmer głosów. Można było dostrzec kapłana i kilka postaci pogrążonych w żarliwej modlitwie. Nic dziwnego, skoro właśnie konał tam pan włości i głowa znacznego w okolicy rodu, Kasper Kierzkowski herbu Krzywda.

Polski szlachcic, skromny chłopak

Gdy wieść o zgonie rozeszła się po okolicy, nikt nie miał wątpliwości, że rozmach pogrzebu będzie iście magnacki. Rodzina spodziewała się około 1700 zaproszonych specjalnymi listami osób, ale zakładając przybycie mieszkańców włości należących do zmarłego, mogło być ich znacznie więcej. Cóż z tego, że w testamencie zmarły zażądał skromnego pochówku, aby zaoszczędzone pieniądze wystarczyły na opłacenie, bagatela, kilku tysięcy mszy za swą duszę i jałmużnę dla ubogich? Jego najstarszy syn Jan, obejmujący władzę w rodzinie, tym razem postanowił zlekceważyć wolę ojca. Pod żadnym pozorem nie miał zamiaru narażać się na nieprzyjemności związane z pomówieniami o skąpstwo. Na pogrzebie w rodzinie ojca bito dla kuchni 100 wołów dziennie, a i tak wdowa usłyszała od braci zmarłego, że było ubogo. Poza tym pogrzeb nestora rodu to świetna okazja do pokazania siły Kierzkowskich. Nie było więc powodu do obaw, że ktokolwiek zaprotestuje w związku z łamaniem ostatniej woli zmarłego.

Jezuici z okolicy prywatnie uważali zmarłego za bezbożnika, ale wystarczyło sięgnąć głębiej do kieszeni, aby najzdolniejszy zakonnik wygłosił poruszającą mowę pogrzebową. Gra była warta świeczki, ponieważ najlepsze z takich przemówień były drukowane i szły w Polskę. To pachniało jeszcze większą sławą i uznaniem Zresztą, Kierzkowski senior był wielkim dobroczyńcą zakonu, więc należy pożegnać go z równie dużym szacunkiem.

Niedługo po zgonie ciało zabalsamowano i usunięto z niego wnętrzności. Musiało wytrzymać przez miesiąc potrzebny na załatwienie wszelkich formalności związanych z nadchodząca ceremonią. Nieboszczyk odziany w strój paradny został przeniesiony do najbardziej reprezentacyjnego pomieszczenia dworu i złożony na „łożu pogrzebowym”. Aby zabić nawet najsłabszą woń rozkładu, używano kadzideł. Po cichu dziękował za to Bogu siedzący przy łożu zmarłego archimimus, czyli jego sobowtór.

W tym czasie pobliski kościół zdobyły portrety najznakomitszych przedstawicieli rodu, przez co stał się na pewien czas rodzinnym mauzoleum. Przed ołtarzem stało przyciągające wzrok castrum doloris („zamek smutku”). Była to dość skomplikowana konstrukcja architektoniczna jednorazowego użytku, oparta na rozbudowanym katafalku i zwieńczona baldachimem. Trzeba przyznać, że sześciu stolarzy, trzech cieślów oraz dwóch snycerzy pod wodzą włoskiego architekta Durantego Battisty dało niezwykły popis swych umiejętności. Trumna leżała w samym sercu dekoracji. Podparto ją czterema herbowymi podkowami i położono na ośmiograniastym cokole. Ten zaś otoczony był przez wizerunki symbolizujące Roztropność, Sprawiedliwość, Męstwo oraz Wstrzemięźliwość. Z obu stron stopni prowadzących do trumny ponuro spoglądało pięć czaszek. Spoczywały dostojnie w towarzystwie klepsydr, leniwie przesypujących piasek. Czas nigdy się nie zatrzymuje.

Typowy portret trumienny. Szczegółowy…

Ostatnie łoże Kierzkowskiego wykonano z cyny i wyściełano czarnym atłasem. W wieku umieszczono szybkę, pozwalającą rzucić ostatnie spojrzenie na twarz zmarłego. Tablicę herbową położono w górnej części. Dolną zajmował portret trumienny wiernie odzwierciedlający wygląd nieboszczyka. Spoglądające z niego wąskie, czarne oczy niemal świdrowały żałobników.

Pogrzeb rozpoczął się od bicia dzwonów w całej okolicy. Przez kolejne trzy dni odprawiano msze, na czwarty zaplanowano złożenie do grobu. Podczas sumy do kościoła wjechał sobowtór. Przed samą trumną spadł z konia. Co prawda wcześniej znieczulił się alkoholem, ale na szczęście nie na tyle, by wpaść w środek dekoracji. Następnie złamano szablę oraz rozbito pieczęcie, którymi posługiwał się za życia. Było to symboliczne ukazanie odejścia Kaspra z tego świata. Obecni tu ważni tego świata mogli podumać o przemijaniu chwały ziemskiej. Albo przynajmniej udawać zamyślonych pod czujnym, nieprzyjemnym spojrzeniem kapłana mamroczącego po łacinie za ołtarzem.

Do grobu zmarłego odprowadziła wspaniała procesja złożona z duchownych, rodziny, przyjaciół i okolicznych urzędników. Przybyło nawet kilku odzianych w czerń żebraków. Jan zadbał, by stajenni prowadzili trzy najpiękniejsze konie udekorowane żurawimi piórami i kapami ze złotogłowia, herbami oraz drzewem genealogicznym. Cały orszak przeszedł pod bramą triumfalną, uzmysławiającą zebranym, że tak naprawdę zmarły rozpoczął życie wieczne.

Po złożeniu ciała do grobu krewni wygłosili jeszcze kilka mów od siebie, a ostatni z nich zaprosił na stypę, która przerodziła się w wesołe, suto zakrapiane spotkanie całej rodziny, której przygrywała kapela. Majestat śmierci rozwiał się niczym dym ze zgaszonych po mszy świec.

*Artykuł opisuje przebieg prawdziwego staropolskiego obrzędu na przykładzie fikcyjnych bohaterów.

Bibliografia:

  • Chrościcki Juliusz, Pompa funebris. Z dziejów kultury staropolskiej, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1974.
  • Brigita Žuromskaitė, Pompa funebris. Teatralność pogrzebu sarmackiego, http://www.racjonalista.pl/kk.php/s,5090
  • Pompa funebris po sarmacku, http://e-baccalarius.blogspot.com/2010/11/pompa-funebris-po-sarmacku.html

Udostępnij: