Rzeźbiarz gór. Projekt Polaka, który przebija Mount Rushmore

Góry Czarne, Dakota Południowa, USA, czerwiec 1948 roku
Potężny wybuch wstrząsnął powietrzem. Góra Thunderhead zadrżała w posadach, jej szczyt zasnuł się dymem, a ze zbocza zsunęła się lawina kamieni. Huk powtórzyło echo, a z okolicznych lasów poderwały się chmary ptaków.

U stóp góry stało kilku ludzi ubranych w tradycyjne indiańskie stroje uważnie przypatrując się skutkom eksplozji.

Kilka kroków przed nimi stał wysoki, czterdziestoletni mężczyzna w kapeluszu, o słowiańskich rysach twarzy. Podobnie jak jego towarzysze intensywnie wpatrywał się w zbocze góry.

Korczak Ziółkowski

Niechciany, a piekielnie zdolny

Korczak Ziółkowski urodził się w Bostonie we wrześniu 1908 roku. Kiedy miał rok jego rodzice – Józef i Anna zginęli tragicznie, a on rozpoczął długą wędrowkę po rodzinach zastępczych. Niestety, nie miał do nich szczęścia. Kolejni zastępczy „rodzice” upokarzali go i zmuszali do cieżkiej pracy. Później bardzo rzadko i z wyraźną niechęcią mówił o swoim dzieciństwie. W wieku 16 lat opuścił kolejny adopcyjny dom i zaczął żyć na własny rachunek.

Imał się wielu zajęć – był krawcem, sprzedawcą, roznosicielem gazet, aż wreszcie zaczepił się na stałe w bostońskiej stoczni jako pomocnik cieśli. Tam po raz pierwszy zetknął się z rzeźbieniem w drewnie. Po pracy, by dorobić do skromnej pensji wyrabiał bogato zdobione meble, stopniowo zyskując coraz większe uznanie. Pracą genialnego samouka zainteresowali się sędzia Frederick Cabot i znany już wówczas rzeźbiarz niemieckiego pochodzenia Johannes Kirchmayer. Zasponsorowali go i zapewnili godne warunki pracy. Ziółkowski często asystował Kirchmayerowi, który w tym czasie wykonywał prace rzeźbiarskie w nowojorskiej katedrze Świętego Patryka.

W 1932 roku Korczak przeniósł się do Hartford w stanie Connecticut, gdzie założył profesjonalny warsztat rzeźbiarski. W tym samym czasie zmarł jego mecenas i przyjaciel sędzia Cabot. Korczak wykonał podobiznę swojego opiekuna w bloku marmuru.

W 1939 roku rzeźbiarz Gutzon Borglum zaproponował mu stanowisko asystenta przy ogromnym projekcie, który realizował w Dakocie Południowej – rzeźbieniu głów czterech prezydentów na zboczu góry Rushmore.

W tym samym roku Korczak wykonał wspaniałe popiersie Ignacego Jana Paderewskiego, które wysłane na Wystawę Światową w Nowym Jorku zdobyło pierwszą nagrodę.

Dynamitem na chwałę Indian

Podczas pracy na górze Rushmore przyszło do niego kilku Indian z niezwykłą propozycją. – Ja i inni wodzowie chcielibyśmy, aby biali ludzie wiedzieli, że czerwony człowiek też miał swoich wielkich bohaterów – napisał w liście do Korczaka wódz Henry Stojący Niedźwiedź.

Indianie poprosili go o stworzenie pomnika największego wodza Dakotów – Szalonego Konia.

Pomnik Szalonego Konia. Plan i obecny stan realizacji

Korczak zgodził się. Jako lokalizację zaproponował Góry Teton w stanie Wyoming, których skały znacznie łatwiej poddawały się obróbce, ale Indianie nalegali, by pomnik powstał w świętych dla nich Górach Czarnych. Uzgodniono, że dzieło powstanie na zboczu góry Thunderhead.

Wkrótce potem Korczak zawiesił wykonanie projektu na kilka lat, bowiem w 1942 roku zgłosił się na ochotnika do armii amerykańskiej. Podczas lądowania w Normandii został ranny na plaży Omaha.

W 1947 roku przeprowadził się na stałe w Góry Czarne i rozpoczął prace nad pomnikiem. Wówczas ta okolica była całkiem dzika. Jego pierwszym schronieniem był płócienny namiot. Towarzyszyła mu młoda rzeźbiarka Ruth, która trzy lata później została jego żoną.

3 czerwca 1948 roku w obecności kilku indiańskich wodzów przeprowadzono pierwszy kontrolowany wybuch dynamitu.

Korczak wkrótce wykupił górę wraz z otaczającym ją terenem od rządu Stanów Zjednoczonych i rozpoczął mozolne rzeźbienie w twardym granitowym monolicie. Początkowo miał do dyspozycji jedynie młot pneumatyczny z napędzającą go archaiczną sprężarką. By rozpocząć prace nad twarzą Szalonego Konia zbudował 741-stopniowe schody wiodące od stóp do szczytu góry. Sprężarka często się psuła, więc Korczak musiał wielokrotnie przerywać pracę, schodzić na dół, naprawiać ją i z powrotem wdrapywać się na szczyt. Często pokonywał tę trasę kilkanaście razy dziennie.

Rzeźbiąc twarz indiańskiego wodza Korczak musiał zdać się na własną wyobraźnię. Szalony Koń (właściwie Tashunta Uitko 1849-1877), jeden ze zwycięzców spod Little Bighorn unikał kontaktów z białymi i nie wiadomo jak naprawdę wyglądał. Jedyne domniemane zdjęcie jego twarzy pochodzące z 1877 roku w rzeczywistości przedstawia innego wojownika Dakotów.

Zaczął pobierać drobne opłaty od ludzi, którzy chcieli się przyjrzeć jego niezwykłemu dziełu. Pieniądze szły na sfinansowanie prac i zakup nowych narzędzi. Prace posuwały się bardzo wolno. Mimo tego Korczak dwukrotnie odrzucił 10-milionowy grant od rządu pragnąc zachować niezależność swojego projektu.

Wspomagali go Indianie – w rezerwatach organizowano zbiórki pieniędzy i narzędzi, które przekazywano później Korczakowi. Indiańscy robotnicy pracowali razem z nim na górze Thunderhead przez okrągły rok. Entuzjazm Polaka wkrótce przyciągnął innych ochotników pragnących pomóc mu w budowie pomnika.

Twarz Szalonego Konia – najlepiej wykończony element

U stóp góry wyrosło z czasem małe miasteczko. Urządzono tam centrum kultury indiańskiej, powstały sklepy z pamiątkami, sale konferencyjne, restauracja itp. W planach jest Uniwersytet Indiański i centrum medyczne dla rdzennych mieszkańców Ameryki.

Korczak Ziółkowski zmarł 20 października 1982 roku i został pochowany u stóp pomnika, któremu poświęcił kilkadziesiąt lat swojego życia. Pozostawił po sobie dokładne plany i rysunki, które pozwalają na kontynuowanie prac dokładnie według jego projektu. Prace te zajmą jednak jeszcze wiele lat.

Pieczę nad projektem Korczaka objęła Crazy Horse Memorial Foundation, której do 2014 roku szefowała Ruth Ziółkowski. Korczak i Ruth mieli dziesięcioro dzieci, które też angażują się w dzieło swojego ojca.

Korczak nie mówił po polsku i nigdy nie był w Polsce, ale nie zapominał o swoich korzeniach. Ruth wspominała, że był bardzo dumny ze swojego polskiego pochodzenia. Imiona jego dzieci brzmią zadziwiająco swojsko – Monika, Kazimierz, Maria, Jadwiga, Jasiu…

Dzisiaj Crazy Horse Memorial odwiedza ponad milion ludzi rocznie, a na budowie pracuje kilkudziesięciu wykwalifikowanych robotników. Mimo wielu rąk do pracy i użycia nowoczesnego sprzętu pomnik daleki jest od ukończenia. Widać już twarz indiańskiego wodza i zarys jego wyciągniętej ręki. Kiedy zostanie ukończony będzie największym pomnikiem świata o wysokości 172 i długości niemal 200 metrów. O jego ogromie niech świadczy fakt, że wszystkie cztery głowy prezydentów z góry Rushmore (która znajduje się zaledwie 13 km od powstającego pomnika) można by zmieścić w kamiennej głowie indiańskiego wodza.

Maluchy… Z oddali robi nieco mniejsze wrażenie, prawda?

W lipcu 1998 roku byłem w Dakocie Południowej i miałem okazję podziwiać to niesamowite dzieło na własne oczy. Dzień był deszczowy i chmury wisiały nisko nad Górami Czarnymi, lecz koło południa rozjaśniło się nieco i wówczas zobaczyliśmy pomnik w całej okazałości. Wrażenie było bardzo podobne do tego, jakiego zaznałem stojąc nad brzegiem Wielkiego Kanionu. Po prostu brak słów. Trzeba być poetą, by to opisać…

Źródła:

  • Korczak – Storyteller in Stone, http://www.crazyhorsememorial.org.
  • Korczak Ziolkowski, http://www.blackhillsvisitor.com.
Udostępnij:
Bartosz napisał(a):

Polecam odwiedzić. Wygląda o wiele spektakularnej niż Mount Rushmore, mimo tego, ze jest dopiero w budowie. Obok znajduje sie też małe muzeum Native Americans. Warto zahaczyć chociaż na chwilę.