Jedyny dżokej w historii, który wygrał wyścig… po swojej śmierci

Mijasz linię mety. Koniec wyścigu. Wygrana. Adrenalina rozpruwa żyły. Zwykle w przenośni, choć raz zdarzył się bardziej dosłowny przykład.

W 1923 roku Frank Hayes wpisał się na wieki do Księgi Rekordów Guinnessa. Jego wyczyn? Został pierwszym i jak dotąd jedynym dżokejem, który gonitwę wygrał już po swojej śmierci.

Hayes dostał zawału serca w czasie wyścigu w Nowym Jorku. Przypuszcza się, że było to spowodowane zbyt intensywnym treningiem. Jeździec maniakalnie zbijał wagę. Dodatkowo mogła to wzmocnić ekscytacja związana z objęciem prowadzenia. Podobno 35-latek nigdy wcześniej nie wygrał żadnych zawodów! Wyścigi nie było jego chlebem powszednim – zajmował się głównie tresurą koni i pracą w stajni.

Jakiś cudem udało mu się utrzymać w siodle. Dosiadany koń posunął na pierwszej lokacie do samej mety. Co więcej, już martwy dżokej przeleciał ze swym rumakiem nad ostatnią przeszkodą! Za zwycięstwo tego duetu przed startem płacono 20 dolarów za każdego postawionego. Złoty interes dla wszystkich, poza biednym Hayesem.

Włodarze toru naciągnęli reguły i uznali jego wygraną. To wyczyn już chyba nigdy nie zostanie pobity.

Koń, na którym wygrał Hayes nazywał się „Sweet Kiss”, czyli Słodki Pocałunek. Ponoć złośliwi po całym zdarzeniu zaczęli nazywać go Słodkim Pocałunkiem Śmierci. Wymyślili go pewnie zazdrośnicy, którzy wcześniej tylko oglądali plecy Hayesa…

Źródła:

Udostępnij: