Dawid i Goliat. Jak Finowie dali radę sowieckiemu gigantowi?

Finlandia, rejon rzeki Kollaa, 21 grudnia 1939 roku, godzina 15:00.
Powoli zapadał zmierzch. Lekki wiatr strącał z drzew śnieżny puch, który zasypywał ślady butów na drodze prowadzącej do rzeki. 

Panował straszny mróz. Przynajmniej minus czterdzieści stopni Celsjusza. Jednak dla drobnego fińskiego żołnierza zakopanego po uszy w śnieżnej zaspie na zboczu niewielkiego pagórka wznoszącego się nad drogą nie było to żadnym problemem. Tam, skąd pochodził takie temperatury w zimie były czymś normalnym. Przywykł do nich od dziecka.

Złowił uchem skrzypiące odgłosy. Mocniej ścisnął w rękach karabin i nasłuchiwał dalej. Tak, to skrzypiał zmrożony śnieg deptany wojskowymi butami. Zza zakrętu wyłoniła się grupa żołnierzy ubranych w zielone mundury. Szli powoli, środkiem drogi, rozglądając się na boki.

Fin zagrzebany w zaspie uśmiechnął się lekko. Łatwiejszej zdobyczy nie mógł sobie wymarzyć. Pochylił głowę i starannie wycelował. Odczekał, aż szczerbinka z muszką idealnie zgrały się z głową żołnierza idącego na czele kilkuosobowego patrolu.

Rozległ się głuchy wystrzał. Kupka śniegu usypana tuż przed wylotem lufy Mosina zadziałała jak prymitywny tłumik i doskonale zamaskowała płomień wylotowy. Radziecki żołnierz padł na drogę z przestrzeloną głową. Drobny Fin błyskawicznie przeładował karabin, wycelował i strzelił po raz drugi. Potem trzeci, czwarty i piąty. Na drodze zastygły ciała pięciu Rosjan. Dwaj pozostali rzucili się do panicznej ucieczki.

Snajper odczekał jeszcze chwilę i wygrzebał się z zaspy otrzepując śnieg z białego kombinezonu. Dzisiaj pobił własny rekord – zastrzelił 25 wrogów.

Oddziały fińskie w śnieżnej scenerii

Bronimy upragnionej niepodległości

Finlandia, podobnie jak część Rzeczypospolitej przez ponad 100 lat (od 1809 do 1917 roku) należała do carskiej Rosji jako Wielkie Księstwo Finlandii. Koniec I wojny światowej, rewolucja bolszewicka w Rosji i olbrzymie przetasowania na europejskiej scenie politycznej stworzyły okazję do powstania niepodległej Finlandii, co też stało się faktem. Po krótkiej wojnie domowej, w której Finowie – przy wsparciu Niemców – pokonali komunistów. Finlandia stała się demokracją parlamentarną na wzór zachodni.

W okresie międzywojennym Sowieci proponowali Finom współpracę wojskową i wysuwali żądania drobnych korekt granicznych. Ci jednak nie byli zainteresowani bliższą komitywą z potężnym sąsiadem – związani byli politycznie z resztą neutralnych państw skandynawskich – Szwecją, Danią i Norwegią. Co więcej – w 1929 roku rozpoczęli budowę potężnej linii obronnej zwanej Linią Mannerheima od nazwiska szefa fińskiej Rady Obrony Państwa marszałka Carla von Mannerheima.

Linia ta, umiejętnie wpleciona w teren ciągnęła się od brzegu Zatoki Fińskiej po jezioro Ładoga. Miała zabezpieczyć Finlandię przed atakiem ze strony ZSRR.

23 sierpnia 1939 roku w Moskwie podpisany został pakt Ribbentrop – Mołotow, którego tajny protokół przewidywał terytorialny podział Europy na niemiecką i rosyjską strefę wpływów. Połowa terytorium Polski, Litwa, Łotwa, Estonia i Finlandia miały przypaść ZSRR.

Nieco ponad miesiąc później, po zajęciu wschodnich terenów Polski i podpisaniu paktu o granicach i przyjaźni z Niemcami ZSRR zażądał od republik nadbałtyckich zawarcia umów umożliwiających wprowadzenie na ich tereny oddziałów Armii Czerwonej oraz instalację radzieckich baz wojskowych. Litwa, Łotwa i Estonia ugięły się.

Od Finlandii Sowieci zażądali demontażu Linii Mannerheima, cofnięcia granicy na Przesmyku Karelskim o 25 kilometrów oraz wydzierżawienia na 30 lat półwyspu Hanko, na którym miała powstać baza sowieckiej marynarki wojennej. W zamian zaoferowali bezludny i porośnięty tajgą teren na północy. Finowie odrzucili sowieckie żądania zdając sobie sprawę z tego, że oznacza to wojnę.

Jako pretekst posłużyło Stalinowi ostrzelanie przez sowiecką artylerię rosyjskiej przygranicznej wioski Mainila. Wystrzelono w sumie siedem pocisków, od których zginęły cztery osoby. Sowieci oskarżyli o to Finów domagając się przeprosin i wycofania wojsk z Linii Mannerheima. Finowie oczywiście zaprzeczyli i odmówili.

Hart ducha kontra hart stali

W chwili rozpoczęcia wojny armia fińska liczyła zaledwie 30 tysięcy żołnierzy. Wspomagała ją Gwardia Obywatelska złożona z około 110 tysięcy nieźle przeszkolonych rezerwistów oraz 100 tysięcy członkiń Kobiecej Służby Pomocniczej. Żołnierze fińscy stacjonowali i szkolili się głównie w regionach, z których pochodzili. Byli więc świetnie zgrani ze sobą, doskonale znali teren, a morale w oddziałach było bardzo wysokie. Jak wiadomo – jeden człowiek broniący swojego domu jest wart dziesięciu napastników.

Fińskie siły pancerne były bardziej niż skromne – składały się zaledwie z 30 przestarzałych czołgów Renault FT-17 i tyle samo brytyjskich Vickersów, które były jednak pozbawione uzbrojenia. Lotnictwo miało do dyspozycji około 160 samolotów różnych typów. W większości były to konstrukcje bardzo przestarzałe. Marynarka wojenna miała dwa pancerniki, trzy niszczyciele, pięć okrętów podwodnych i kilka kanonierek.

Ani fińskie czołgi, ani samoloty, czy też okręty nie odegrają w tej wojnie większej roli. Będzie to klasyczna podjazdowa wojna lądowa.

Te wątłe siły kilkumilionowego narodu miały przeciwko sobie największą machinę wojenną ówczesnego świata, która od dłuższego czasu stale się doskonaliła. Armia Czerwona miała dwa i pół miliona żołnierzy, 15 tysięcy czołgów i 8 tysięcy samolotów. I wbrew pozorom nie były to konstrukcje zbyt stare. Przez całe lata trzydzieste Stalin rozbudowywał swoją potęgę militarną inwestując w wojsko ogromne sumy. Radzieckie biura konstrukcyjne należały do najnowocześniejszych na świecie. Najlepszy czołg II Wojny Światowej, czyli T-34 nie powstał przecież z niczego…

Wydawało się więc, że starcie fińskiego Dawida z sowieckim Goliatem potrwa najwyżej tydzień. Rosjanie po prostu rozjadą Finów czołgami i Nowy Rok świętować będą już w zdobytych Helsinkach. Ale historia lubi zaskakiwać…

Fińskie atuty

Przede wszystkim – Finowie mieli świetnych dowódców, takich jak wspomniany Carl von Mannerheim. Rozpoczął on karierę wojskową w armii carskiej i doskonale znał sposób myślenia Rosjan. Stalin zaś dwa lata wcześniej przetrzebił szeregi swoich oficerów urządzając im krwawą łaźnię. Niewielu uszło z życiem podczas wielkiej czystki.

Po stronie Finów była przyroda. Ich kraj porośnięty był (i do dziś jest) gęstym lasem, poprzecinany  niezliczonymi rzekami i jeziorami. Rosjanie będą musieli poruszać się wzdłuż dróg, co bardzo ułatwi rozprawienie się z nimi.

Temperatura powietrza w zimie spada w Finlandii poniżej minus czterdziestu, a nawet pięćdziesięciu stopni. Dla Finów to normalka, ale dla żołnierzy radzieckich, pochodzących z południowych republik (głównie z Ukrainy) to lodowe piekło.

No i determinacja. Finowie będą walczyć o swoje domy i rodziny, a Sowieci będą mieli dylemat – bardziej bać się wroga, czy żołnierzy jednostek zaporowych NKWD strzelających do każdego sołdata, który zrobi choć jeden krok w tył.

Smak koktajlu Mołotowa

Wojna rozpoczęła się 30 listopada 1939 roku. Zgodnie z przewidywaniami Finów główne natarcie sowieckie poszło na położony na południu kraju Przesmyk Karelski – silnie broniony i przecięty Linią Mannerheima. Sowieccy dowódcy nie zawracali sobie głowy taktyką. Postępowali tak, jak potem będą postępować wielokrotnie podczas zmagań z Niemcami – po prostu pchali masy kiepsko wyszkolonych żołnierzy prosto na pozycje nieprzyjaciela. Nieliczne, ale doskonale rozlokowane i zamaskowane fińskie karabiny maszynowe zbierały krwawe żniwo.

Niska temperatura powietrza i stanowiska utworzone w głębokim śniegu zapobiegały przegrzewaniu się luf karabinów maszynowych, które nieustannie pluły ogniem. Fińscy dowódcy musieli jednak często zmieniać ich załogi, które psychicznie nie wytrzymywały ciężaru zabijania tysięcy ludzi dziennie. Licznie rozmieszczone pola minowe, pułapki oraz prowizoryczne ładunki wybuchowe umieszczone przy drogach także dziesiątkowały nacierających Sowietów.

Temperatura powietrza była tak niska, że trupy natychmiast tężały na mrozie stanowiąc dobrą osłonę dla następnych nacierających. Rosjanie kryjący się za ciałami swoich towarzyszy stopniowo podchodzili coraz bliżej fińskich pozycji. Niektóre trupy leżały dosłownie kilka metrów od stanowisk karabinów maszynowych.

Większy problem dla fińskich obrońców stanowiły czołgi. Finowie walczyli z nimi za pomocą prostych, ale niezwykle skutecznych środków, spośród których na szczególną uwagę zasługuje zwykła butelka z benzyną.

Ta „broń biedaków”, znana już od pewnego czasu właśnie w Finlandii w 1939 roku zyskała nazwę „koktajlu Mołotowa” od buńczucznego przemówienia ministra spraw zagranicznych ZSRR, który oświadczył, że w dniu urodzin Stalina, czyli 18 grudnia wypije koktajl za zdrowie sowieckiego dyktatora w zdobytych Helsinkach.

Broń popularna do dziś

Do zniszczenia czołgu wystarczały zazwyczaj dwie butelki. Płonący płyn był zasysany przez pracujący silnik i unieruchamiał maszynę. W przyszłości z podobnym skutkiem będą tej broni używać także warszawscy powstańcy.

Inną skuteczną bronią były wiązki granatów. Te jednak były dość ciężkie i wymagały zbliżenia się do nieprzyjacielskiego czołgu na odległość kilku-kilkunastu metrów.

Finowie stosowali także niewybuchowe środki do zwalczania i unieruchamiania sowieckich maszyn. Często wystarczyło wsadzić kłodę drewna między koła jezdne czołgu, by go skutecznie unieruchomić. Były przypadki, kiedy fińscy żołnierze podbiegali do sowieckich czołgów z łomami, którymi zrywali gąsienice z kół.

Przedpola Linii Mannerheima były gęsto obsadzone minami, a Sowieci nie posiadali wykrywaczy. Zamęt logistyczny spowodował, że dotarły one na front dopiero w połowie grudnia. To opóźnienie kosztowało życie wielu żołnierzy radzieckich.

Zwodnicze kociołki

Mimo heroicznej obrony oddziały sowieckie zdołały wedrzeć się wgłąb pozycji fińskich, zwłaszcza w rejonie wioski Summa, która przechodziła z rąk do rąk. By ratować sytuację marszałek Mannerheim musiał wezwać na pomoc pięć dywizji. Linia nazwana jego imieniem spełniła swoje zadanie i niemal przez cały okres tej trzymiesięcznej wojny powstrzymywała bolszewickie zagony przed wdarciem się wgłąb terytorium Finlandii.

Na północnym brzegu jeziora Ładoga na linie fińskie uderzyła sowiecka 8 Armia. Sowieci wdarli się na fińskie pozycje, ale ich pochód został zatrzymany przez… kiełbasę.

Sowieccy żołnierze przystąpili do tej wojny zupełnie nieprzygotowani. Ubrani byli w zielone mundury, doskonale widoczne na śniegu (w przeciwieństwie do Finów ubranych w białe kombinezony), a ich wyżywienie składało się głównie z czarnego chleba i herbaty (w przeciwieństwie do fińskiego prowiantu bogatego w tłuszcz).

Batalion ze 155 Dywizji Strzelców wchodzącej w skład sowieckiej 8 Armii natknął się w rejonie jeziora Tolvajarvi na fińskie kuchnie polowe pełne tłustej zupy na kiełbasie. Żołdacy natychmiast rzucili się na te frykasy ignorując kompletnie rozkazy dowódców. A Finowie tylko na to czekali. Rozgorzała gwałtowna bitwa, z której ocalało zaledwie kilkudziesięciu Rosjan.
Nieco dalej na północ, w rejonie rzeki Kollaa toczą się równie zacięte walki.

Sokole oko

Tam szaleje Simo Hayha z 34 Pułku Piechoty – najlepszy snajper w historii konfliktów zbrojnych.

Urodzony na farmie w Karelii polował od najmłodszych lat i wyrobił sobie niezawodne oko. W wieku 20 lat wstąpił do armii, w której regularnie wygrywał wszystkie konkursy strzeleckie. Oprócz niechybnego oka ma także zestaw innych cech, które tworzą z niego snajpera doskonałego – jest drobnej budowy ciała i bardzo niski (160 cm wzrostu). Potrafi się doskonale maskować i jest bardzo odporny na mróz. Może godzinami leżeć w śnieżnej zaspie czekając na okazję do strzału. W ustach zawsze trzyma grudkę lodu, by para z ust nie zdradziła jego kryjówki. Przed wylotem lufy karabinu usypuje niewielki wał ze śniegu, który polewa wodą.

Simo Hayha po urazie i w czasie akcji

Działa on jak tłumik strzału i ognia wylotowego. Używa karabinu M28/30 – fińskiej wersji radzieckiego Mosina. Nigdy nie korzysta z celownika optycznego – uważa, że zmusza on żołnierza do podniesienia głowy, a poza tym słońce odbite w soczewkach lunety może zdradzić pozycję snajpera.

Oddaje strzały z niewielkiej odległości – poniżej 100 metrów. Mimo to Rosjanie nie są w stanie go znaleźć i zlikwidować. Wiedzą, że poluje na nich doskonały snajper i nazywają go „Biała Śmierć”. Zrobią wszystko, by go zabić. Próbowali tego dokonać za pomocą masowych bombardowań i ostrzału artyleryjskiego – wszystko na nic. Sprowadzili własnych snajperów z Syberii, by upolowali przeklętego Fina. Simo wszystkich pozabijał.

Jest nie tylko snajperem. Równie chętnie używa pistoletu maszynowego Suomi. Ubrany w biały kombinezon podczołguje się tuż pod rosyjskie pozycje i masakruje wrogów seriami. W ciągu całej wojny zastrzeli 505 Rosjan z karabinu snajperskiego (rekord nie pobity do dzisiaj) oraz 200 z pistoletu maszynowego. Własny rekord pobił 21 grudnia 1939 roku, kiedy zastrzelił 25 Rosjan.

Simo Hayha został ciężko ranny w twarz 6 marca 1940 roku. Po wyzdrowieniu zamieszkał w północnej Finlandii i zajął się hodowlą psów oraz polowaniami. Zmarł w 2002 roku.

Drewno zwycięstwa

Jeszcze bardziej na północ atakuje sowiecka 9 Armia. Jej celem jest przecięcie Finlandii na pół i dotarcie do miejscowości Oulu nad Zatoką Botnicką. Radzieccy planiści nie wiedzą jednak, że zaznaczone na mapie drogi są w rzeczywistości leśnymi ścieżkami. Rosjanie ze swoim ciężkim sprzętem muszą trzymać się głównych traktów, którymi i tak poruszają się z wielkim trudem. Finowie mają w tym rejonie bardzo niewielkie siły, ale warunki terenowe działają na ich korzyść. Każdy fiński żołnierz potrafi świetnie jeździć na nartach i doskonale porusza się w lesie – większość z nich w cywilu jest myśliwymi lub drwalami. Białe kombinezony sprawiają, że są prawie niewidzialni.

Dwie radzieckie dywizje i brygada pancerna z mozołem poruszają się w kierunku wsi Suomussalmi, kiedy Finowie zaczynają realizować taktykę, która stanie się symbolem tej wojny – taktykę mottiMotti to po fińsku sąg drewna. Drwal wycinając las układał z pociętych drzew motti, oznaczał je i szedł dalej. Był opłacany w zależności od ilości motti, które udało mu się naskładać.

Szybkie, mobilne oddziały świetnie wyszkolonych Finów dzielą radziecką kolumnę na szereg motti i po kolei je niszczą. Zazwyczaj najpierw niszczą wozy pancerne jadące na przedzie i z tyłu tworząc śmiertelną pułapkę i wybijają uwięzionych w niej Sowietów. Fińscy snajperzy bez trudu eliminują doskonale widocznych, ubranych w zielone mundury Rosjan. Atakowane są kuchnie polowe – Finowie wiedzą, że brak ciepłego posiłku w tych warunkach to śmierć.

Marnie wyszkoleni Rosjanie odpowiadają chaotycznym ogniem, o ile w ogóle odpowiadają. Finowie wyskakują z lasu na drogę, wybijają wrogów seriami z pistoletów maszynowych, obrzucają wozy pancerne butelkami z benzyną i wiązkami granatów, po czym znikają w lesie po drugiej stronie drogi. Po nich pojawiają się saperzy, którzy poszerzają wyrwę i tarasują drogę separując w ten sposób jeden fragment kolumny od drugiego. Radziecka kolumna o długości 40 kilometrów poruszająca się leśnym traktem pokrywa się setkami motti pełnymi martwych wrogów. W ten sposób w ciągu miesiąca trzy fińskie pułki zdołały niemal całkowicie zniszczyć dwie sowieckie dywizje i brygadę pancerną zabijając około 25 tysięcy Rosjan i zdobywając ogromne ilości sprzętu i amunicji, które wkrótce zostały wykorzystane przeciwko ich pierwotnym właścicielom.

Fińskie zwycięstwo pod Suomussalmi odbiło się szerokim echem na świecie. Z pomocą sąsiadom pospieszyło osiem tysięcy Szwedów, którzy na ochotnika zaciągnęli się do fińskiej armii. Przybyli też Norwedzy i Duńczycy. Amerykanie fińskiego pochodzenia zorganizowali zbiórkę pieniędzy, a 350 z nich ruszyło przez Atlantyk, by wspomóc walczących rodaków. Z innych krajów także napływała pomoc. Fiński Dawid walczący z sowieckim Goliatem budził powszechny podziw.

Carl Gustaf Emil Mannerheim

Stalin nie mógł dłużej tolerować takiej sytuacji. Zadanie zduszenia Finów powierzył generałowi Siemionowi Timoszenko. Ten wzmocnił siły na froncie fińskim aż o 45 dywizji – w sumie około 750 tysięcy żołnierzy. Gwałtowna ofensywa ruszyła na Przesmyku Karelskim 11 lutego 1940 roku. Przewaga sowiecka była miażdżąca i marszałek Mannerheim musiał rzucić do obrony Przesmyku wszystkie rezerwy. Niewiele to jednak pomogło. Sowieci przerwali linię umocnień i posunęli się aż pod Vyborg, gdzie mieściła się siedziba fińskiego dowództwa. Obrońcy zdobyli się na nadludzki wysiłek i zatrzymali Rosjan przed miastem.

Ci spróbowali zatem manewru oskrzydlającego – przez zamarzniętą Zatokę Fińską zamierzali uderzyć na Vyborg od strony morza. Pociski z dział baterii nabrzeżnych strzaskały lód na zatoce i zatopiły radziecką piechotę wspieraną przez czołgi.
Jednocześnie pogarszała się sytuacja międzynarodowa. Realna stała się groźba brytyjsko-francuskiej interwencji. Mimo zawartych umów Stalin bał się także Hitlera. Sądził, że może on dołączyć do antyradzieckiej koalicji. Zdecydował się więc na zakończenie wojny. W nocy z 12 na 13 marca 1940 roku w Moskwie podpisano traktat pokojowy. Finlandia utraciła Karelię, rejon Salla na północy i kilka wysp na Zatoce Fińskiej, w sumie około 12 procent swojego terytorium, ale obroniła swoją niezależność.

W wojnie poległo około 25 tysięcy Finów. Straty radzieckie nie są znane do dziś. Mówi się o liczbach od 270 tysięcy, aż do miliona żołnierzy. O milionowych stratach wspomina w swoich pamiętnikach Nikita Chruszczow.

Konflikt Dawida z Goliatem ujawnił wszystkie słabe strony tego drugiego – kiepskie wyszkolenie żołnierzy, zamęt logistyczny, nieudolność dowódców, złą ocenę sytuacji i zbytnie poleganie na przewadze technologicznej. Finowie udowodnili, że nawet mały naród, ale zwarty i zdeterminowany jest w stanie pokonać wielokrotnie silniejszego przeciwnika.

Źródło:

  • Mateusz Łabuz, Wojna Zimowa, http://www.sww.w.szu.pl.
  • Wojna Zimowa, http://pl.wikipedia.org.
  • Włodzimierz Kalicki, 6 marca 1940 r. Biała Śmierć nie umiera, Gazeta Wyborcza.
Udostępnij: