12 km nad ziemią i koniec paliwa? Nie ma problemu. Zróbmy szybowiec z… Boeinga!

Ach Ci Amerykanie i Kanadyjczycy, którzy upierali się przy swoim … Pomyłka funtów z kilogramami w przypadku ważenia jabłek to strata może kilku dolarów. Gorzej, gdy błąd nastąpi przy tankowaniu wielkiego samolotu pasażerskiego…

Taki przypadek zdarzył się nad środkową Kanadą. Na wysokości 41 tysięcy stóp (ok. 12,5 km), gdy silnik zaczął tracić moc. Skończyło się paliwo wyliczone na funty (ok. 0,45 kg), a nie na kilogramy. Tragedia? Owszem. Masa ofiar? Absolutnie nie! Z wypadku z 1983 roku wszyscy wyszli w jednym kawałku. Jak to się stało?

Poziom paliwa pechowo musiał być zmierzony ręcznie, ponieważ wcześniej zawiódł elektroniczny system. Stąd tak kosztowny błąd związany z pomyłką w obliczeniach. Ten Boeing 767 był pierwszym przewoźnika Air Canada, który wykorzystywał system metryczny. Dlatego do startu ruszył z niecałą połową potrzebnego baku. Zwykle samoloty nie wożą nadmiaru paliwa, bo to tylko zwiększa ciężar i podnosi spalanie. Koszty, koszty, koszty.

Dwa silniki pozbawione paliwa nie miały wyjścia – musiały stracić moc. Na wysokości ponad 12 km! Szczęśliwie głowy nie stracili piloci. Osoby za kokpitem – choć to ich pomyłka doprowadziła do tej sytuacji – były największym szczęściem wszystkich pasażerów. Kapitan Robert Pearson od 10 lat miał licencję pilota szybowców. Jego partner Maurice Quintal swoje treningi odbywał na lotnisku w mieście Gimli. Dlaczego to ważne? Feralny samolot nie miał szans dotrzeć na jakieś większe lotnisko. Musiał wystarczyć więc pas w… Gimli (prowincja Manitoba), od którego znaleźli się około 100 km. Połączenie tych dwóch czynników było zbawienne.

Pearson zrobił szybowiec ze 120-tonowego kolosa, który spadał w tempie około 600 metrów w każdą minutę. Okiełznał go manewrem znanym jako ślizg. W rekonstrukcji wygląda to tak… Wyobrażacie sobie co musieli myśleć pasażerowie na pokładzie?

Piloci zeszli do lądowania w wyjątkowo niekorzystnych warunkach. Mimo wytracenia prędkości, samolot nadal sunął około 330 km/h. Coś co kiedyś było lotniskiem, dziś służyło nie maszynom powietrznym, a wyścigom samochodów. W trakcie awaryjnego lądowania w pobliżu znajdowały się rodziny fanów motoryzacji na swoim zlocie odbywającym się akurat tego dnia…

Kontakt z podłożem musiał być więc gwałtowny. Błyskawicznie popsuły przyrządy do lądowania z przodu samolotu, wybuchło kilka opon. Udało się jednak skutecznie wyhamować pojazd sunący brzuchem po asfalcie pasa. W Gimli nie było kontroli lotów ani straży pożarnej. Palący się czubek samolotu ugasili zgromadzeni w pobliżu miłośników aut, oczywiście swoimi gaśnicami.

Z 69 osób na pokładzie ani jedna nie doznała poważniejszych urazów. Samolot został zreperowany i wrócił do pełnej służby. Kolejni piloci nazwali go „Szybowcem z Gimli”.

Imponujące lądowanie kapitana Pearsona udowadnia jedną rzecz. Nieważne jak doskonała jest wspierająca nas technologia. Zawsze może zawieść. Wtedy nieocenione są tradycyjne umiejętności – w tym przypadku „ręcznego” latania. Co prawda wcześniej załoga przeoczyła ten kuriozalny błąd w obliczeniach (za co zostali ukarani), ale gdyby każdy w podobny sposób naprawiał swoje błędy…

Źródło:

  • http://blogs.wsj.com/speakeasy/2013/07/23/gimli-glider-pilot-recalls-landing-without-engines-30-years-ago/
  • http://www.nytimes.com/1983/07/30/us/jet-s-fuel-ran-out-after-metric-conversion-errors.html
  • http://www.cbc.ca/archives/entry/1983-gimli-glider-lands-without-fuel
Udostępnij: