Brud, smród i medyczny przełom

Pościele nasiąknięte krwawymi wspomnieniami po poprzednich użytkownikach, wszechobecne zakażenia i brak dbałości o higienę. Jeszcze w końcówce XIX wieku tak często wyglądała rzeczywistość sali operacyjnych. Mocna rzecz.

To mało przyjemny obrazek, ale trudno dyskutować z faktami. Rewolucję medyczną na kartach książki „Cudowny lek” przedstawia Thomas Goetz. Elementy tego medycznego barbarzyństwa, którego świadkami byliśmy jeszcze ledwie 150 lat temu pozwalają docenić postęp, który został w tym czasie zapoczątkowany. Dziś 70% amputacji nie kończy się zgonem pacjenta jak dawniej. Równie szokujących danych jest jeszcze więcej.

radek

Narzekanie na współczesny system ochrony zdrowia jest popularne, ale zapewniam, że spojrzycie inaczej na nasze medyczne luksusy (jednorazowe igły lub mycie rąk po operacji!) w porównaniu do opisywanych tu warunków w gabinetach i szpitalach. Poważnie, honorowy patronat nad książką powinno objąć Ministerstwo Zdrowia, bo odpowiednia perspektywa naprawdę mu sprzyja.

Znacznie przyjemniej czytać o tamtych czasach niż w nich chorować i przeżyć to (lub najczęściej nie…) na własnej skórze. Jeszcze w latach 70. XIX wieku przeciętny europejski noworodek mógł spodziewać się, że wytrwa do ledwie 40 urodzin. Dziś średnio cieszy się prawie dwukrotnie dłuższym życiem. Śmierć dla nas to zjawisko wyjątkowe, które często zaskakuje. 100-150 lat temu umieranie było tak powszechne jak obecnie błysk ekranów smartfonów podczas jazdy autobusem. Moment, w którym osadzona jest akcja książki to czas zmian i dążenie do tego przełomu stanowi główny wątek.

Dziś głównymi wrogami ludzkości są problemy z układem krążenia oraz udary. W XIX wieku największe żniwo zbierała gruźlica (teraz już raczej okiełznana w większości krajów). Około 25% wszystkich zgonów to był właśnie efekt gruźlicy, najczęściej dopadającej w formie suchoty. Ta zabijała bardzo przebiegle i wolno. Nic dziwnego, że chorzy czekali na lek – jakikolwiek – jak na zbawienie.

Szczęśliwie, nie jesteśmy jednak pozostawieni w beznadziei. Widzimy przebłyski promyków nadziei, prób (i błędów) ku poprawie jakości życia całej populacji. W podróży towarzyszy nam głównie Robert Koch, niemiecki naukowiec i lekarz. Poświęca on całą energię do przekonania świata naukowego o problemie związanym z zarazkami, bakteriami i chorobami zakaźnymi. Dziś to zupełna normalka i element wiedzy powszechnej. Ktoś musiał nam to jednak pokazać w formie przekonujących eksperymentów.

Koch nie jest jednak postacią, którą bezkrytycznie polubimy. Jego przełomowe odkrycia w badaniach nad bakteriami łączą się z ślepym pędzeniem za stworzeniem antidotum na gruźlicę. Lek, który stworzył zamiast ratować, jeszcze bardziej szkodził. Do tego dochodzi prywatny konflikt z innym wielkim umysłem medycyny, Louisem Pasteurem. Obok Kocha po świecie książki oprowadza nas Artur Conan Doyle. Wcale nie snuje opowieści o legendarnym detektywie. Zanim stworzył Sherlocka Holmesa był lekarzem. Rozpaczliwie poszukiwał leku dla żony chorej na gruźlicę, więc musiał pochylić się nad pracami Kocha. To właśnie Conan Doyle jako pierwszy poddał rzeczowej krytyce domniemane remedium na tę paskudną chorobę.

Nie da się jednak ukryć wrażenia, że do kolejnych wniosków płynących z doświadczeń dochodzimy jakby będąc biernym obserwatorem zza pleców Kocha. Wraz z nim i innymi bohaterami książki przeżywamy emocje nad odkryciami i uczucie klęski przy porażkach. Jak wcześniej pisałem, szczęśliwie z wygodnej perspektywy hamaka w XXI-wiecznej rzeczywistości…

stefan rzecze

Udostępnij: