„Moolah” to znaczy forsa. Jak przekonać wroga do zdrady tajemnic?

Korea Północna, 26 kwietnia 1953 roku, godzina 23:30.
Dolina zalana była księżycowym światłem. Jej środkiem wiła się wstęga rzeki Yalu uchodzącej do Morza Żółtego widocznego na horyzoncie. Pilot Superfortecy B-29 rozglądał się uważnie, lecz tej nocy Aleja Migów – bo taką nazwę nadali dolinie amerykańscy piloci – była zupełnie pusta. Oprócz dwóch amerykańskich bombowców na niebie nie było nikogo.

Spojrzał na drugą maszynę lecącą nieco wyżej po lewej stronie. Zauważył, jak otwierają się klapy luków bombowych i rzucił do interkomu krótki rozkaz. Z obu bombowców zaczęły wypadać obłe kształty zasobników wyglądających jak bomby. Tym razem jednak niosły bardzo pokojowy ładunek.

Krótko po wypadnięciu z luków „bomby” otworzyły się i z ich wnętrz niczym chmary nocnych owadów wyfrunęły miliony zadrukowanych kartek. Wiatr zaczął unosić je na zachód, w stronę Chin. Bombowce wykonały skręt i skierowały się na południe.

Pieniądze to broń równie skuteczna, co bomby i karabiny. Za pieniądze można opłacić szpiega, który uzyska bezcenne informacje, można kupić najnowszy model czołgu lub samolotu wroga, można przekupić żołnierza wrogiej armii, by przeszedł na naszą stronę. Pieniądze potrafią także uratować życie w sytuacji ekstremalnej. Nawet dzisiaj amerykańscy piloci wykonujący misje nad Afganistanem zaopatrzeni są w „blood chit” – informację spisaną w lokalnych językach na kawałku papieru przypominającym z wyglądu obligację skarbową. Jej treść brzmi mniej więcej:

„Drogi afgański cywilu! Jestem amerykańskim pilotem walczącym z Talibami. Mój samolot został zniszczony. Jeśli odstawisz mnie całego i zdrowego do moich kumpli to dostaniesz w nagrodę pół miliona baksów.”

W listopadzie 1950 roku amerykańscy piloci biorący udział w wojnie koreańskiej zobaczyli coś, co wkrótce miało stać się ich koszmarem. Ten koszmar ważył około cztery tony, latał z prędkością ponad tysiąca kilometrów na godzinę, świetnie spisywał się na dużych wysokościach i był bardzo silnie uzbrojony. Nazywał się MIG-15.

Amerykańskie myśliwce, dotąd niepodzielnie władające na koreańskim niebie, musiały uznać wyższość radzieckiej techniki wojskowej. Wprawdzie ich najnowszy myśliwiec F-86 Sabre był nieco szybszy od MIGa, ale ustępował mu w innych parametrach. Nad Koreą rozgorzała walka dwóch równorzędnych przeciwników.

Osiągi MIGa stanowiły dla Amerykanów wielką zagadkę. By ją rozwiązać musieli za wszelką cenę zdobyć chociaż jeden egzemplarz. Zdobyć – ale jak?  Zestrzelone egzemplarze nie nadawały się do niczego, poza tym leżały na terytorium wroga.

Powstał więc tajny plan, by pożądany myśliwiec… kupić! A raczej – przekupić… Oczywiście nie samolot, ale pilota siedzącego za jego sterami. Kogoś, komu zbrzydło życie pod komunistycznym batem i kto skuszony odpowiednią nagrodą oraz obietnicą spokojnego życia na Zachodzie zaryzykowałby przejście z czerwonej na jasną stronę mocy.

Do dzisiaj nie wiadomo dokładnie, kto wpadł na taki pomysł. Niektórzy wskazują Wydział Studiów Rosyjskich na Uniwersytecie Harvarda, jednak uczelnia stanowczo temu zaprzecza.

Inni wskazują na Departament Walki Psychologicznej w Waszyngtonie. Podobno dotarły tam informacje wywiadu o znacznym fermencie w radzieckich siłach powietrznych, który miał spowodować liczne dezercje. Oficerowie Departamentu zaproponowali nagrodzenie śmiałka, który uciekłby MIGiem-15 do Korei Południowej sumą stu tysięcy dolarów i azylem w USA.

Najprawdopodobniej jednak plan powstał w otoczeniu generała Marka Clarka. W 1952 roku jeden z korespondentów wojennych akredytowanych przy nim napisał wywiad z fikcyjnym generałem, w którym ten zasugerował możliwość wypłacenia sowitej nagrody komunistycznemu pilotowi, który uprowadzi radziecki myśliwiec i odda go Amerykanom. Wywiad trafił do Dowództwa Sił Powietrznych Dalekiego Wschodu w Tokio, a stamtąd do Waszyngtonu.

Procedura zatwierdzenia planu ciągnęła się miesiącami. Dopiero pod koniec marca 1953 roku, czyli zaledwie kilka miesięcy przez zawieszeniem broni Kolegium Połączonych Sztabów dało zielone światło. Całe przedsięwzięcie zyskało nazwę „Operacji Moolah”. Słowo „moolah” w żołnierskim slangu oznaczało kasę, forsę.

Specjaliści od propagandy zaczęli projektować ulotki, które w ogromnych ilościach miały być zrzucone nad Koreą Północną. Ich treść napisana w trzech językach – chińskim, rosyjskim i koreańskim (powstały trzy osobne wersje ulotki – każda w innym języku) brzmiała mniej więcej tak:

Dzielni piloci! Dowództwo Amerykańskich Sił Powietrznych oferuje pomoc każdemu, kto zechce wyrwać się spod komunistycznego jarzma, by rozpocząć nowe, szczęśliwe życie w wolnym świecie.

Oferujemy wszechstronną opiekę i azyl. Gwarantujemy pełną anonimowość – wasze nazwiska nigdy nie zostaną upublicznione. Nie tylko uzyskacie nowe życie wolne od trosk materialnych, ale także wskażecie drogę do wolności swoim kolegom.

Dowództwo Amerykańskich Sił Powietrznych oferuje sumę 50 tysięcy dolarów każdemu, kto dostarczy do Korei Południowej nieuszkodzony myśliwiec MIG-15. Pilot, który zrobi to jako pierwszy otrzyma bonus w postaci dodatkowych 50 tysięcy dolarów.

Dalszą część ulotki zajmowały wskazówki nawigacyjne mające ułatwić ewentualnym uciekinierom lot do Korei Południowej.

W lewym dolnym rogu ulotki znajdowało się zdjęcie polskiego pilota Franciszka Jareckiego, który 5 marca 1953 roku (w dniu śmierci Stalina) uciekł MIGiem-15 na Bornholm. Podpisane ono było: Porucznik Polskich Sił Powietrznych, pilot MIGa-15, który wyrwał się zza Żelaznej Kurtyny i bezpiecznie wylądował na duńskiej wyspie Bornholm otrzymał azyl na Zachodzie i mieszka teraz wygodnie w Anglii.

W rzeczywistości Franciszek Jarecki zamieszkał w Stanach Zjednoczonych.

Ulotka oferująca północnokoreańskiemu pilotowi nagrodę w wysokości stu tysięcy dolarów za dostarczenie Amerykanom radzieckiego myśliwca. W dolnym rogu zdjęcie polskiego pilota Franciszka Jareckiego.

Po co więc Amerykanom MIG od Koreańczyków, skoro dostali już jednego od Polaka?

Otóż wskutek międzynarodowych umów nie mogli zatrzymać MIGa uprowadzonego na Bornholm. Został on dokładnie przebadany przez specjalistów, uzyskano z niego gipsowe odlewy, ale koniec końców musiał on być odesłany Rosjanom.

Wieczorem 26 kwietnia 1953 roku dwa bombowce B-29 Superfortress poderwały się z pasa startowego w bazie Kimpo w Korei Południowej i skierowały się nad rzekę Yalu, której dolina wśród amerykańskich pilotów zyskała miano „Alei MIGów”. To właśnie tam doszło do najbardziej zaciętych walk powietrznych podczas wojny koreańskiej. Warunki były idealne – świecił księżyc i wiał silny wiatr ze wschodu. Tuż nad granicą z Chinami superfortece otworzyły luki bombowe, z których wypadły zasobniki wypełnione ulotkami. Chmara zadrukowanych kartek pofrunęła nad Chiny, ku komunistycznym bazom lotniczym, na których stacjonowały MIGi-15.

Komuniści bardzo pilnowali, by najnowsze radzieckie myśliwce nie stacjonowały na terytorium Korei Północnej, właśnie z powodu możliwości wpadnięcia w ręce amerykańskie. Podobne loty odbyły sie także w dniach 10 i 18 maja. Jednocześnie stacje radiowe w Korei Południowej i Japonii rozpoczęły nadawanie apeli w trzech językach do komunistycznych pilotów.

Operacja „Moolah” była trochę jak musztarda po obiedzie. W tym samym czasie prowadzone były już rozmowy pokojowe i trwała operacja „Little Switch” mająca na celu wymianę rannych i jeńców. Czy więc operacja „Moolah” odniosła jakiś skutek? I tak i nie.

Przede wszystkim, przez osiem dni po pierwszym zrzucie ulotek na koreańskim niebie nie pojawił się ani jeden MIG. Wyglądało na to, że Rosjanie, których udział w tej wojnie nie mógł być upubliczniony, wzięli się za „prześwietlanie” swoich pilotów i rugowanie tych, którzy mogli mieć jakiekolwiek powody do dezercji.

Ujawnienie radzieckiego zaangażowania w wojnie koreańskiej mogło mieć straszne skutki, a nawet doprowadzić do wybuchu trzeciej wojny światowej. Amerykanie oczywiście o tym zaangażowaniu wiedzieli, ale nie ujawniali go na forum międzynarodowym z tego właśnie powodu. Razem z Rosjanami uziemieni zostali na wszelki wypadek piloci chińscy i północnokoreańscy.

Kiedy po ponad tygodniu MIGi znowu pojawiły się na niebie amerykańscy piloci ze zdumieniem stwierdzili, że za ich sterami siedzą jakieś patałachy, a nie piloci. Atakowali pod słońce, rzucali się pojedynczo na całe eskadry… Nic dziwnego zatem, że Amerykanie strącali ich jednego po drugim.

Był to zapewne skutek wycofania z frontu doświadczonych pilotów radzieckich, z których większość stanowili weterani II wojny światowej. Ich miejsce zajęli Chińczycy i Koreańczycy z północy – w większości absolutne żółtodzioby. W ciągu trzech kolejnych miesięcy, do podpisania zawieszenia broni pod koniec lipca 1953 roku Amerykanie strącili aż 165 maszyn komunistycznych tracąc zaledwie trzy własne.

Czy zatem operację „Moolah” można uznać za skuteczną? Pośrednio tak, chociaż najbardziej krytyczną recenzję wystawił jej ten, do kogo była ona adresowana…

21 września 1953 roku, pięć miesięcy po zrzucie wspomnianych ulotek i niemal dwa miesiące po podpisaniu zawieszenia broni pomiędzy stronami konfliktu nad amerykańską bazą lotniczą Kimpo w Korei Południowej pojawił się samotny MIG-15 o numerze taktycznym 2057. Jego pilot zamachał skrzydłami i wystrzelił cztery kolorowe race na znak, że ma pokojowe zamiary. Na jego powitanie nie wystartowały amerykańskie myśliwce, ani nie skierowały się ku niemu lufy dział przeciwlotniczych. Jego przybycie pozostało kompletnie niezauważone (radar na lotnisku właśnie przechodził okresowy przegląd). Pilot spokojnie wylądował i podkołował pod hangary parkując samolot tuż koło równego rządku myśliwców F-86 Sabre. Osłona kabiny odsunęła się i na ziemię zeskoczył 21-letni porucznik Północnokoreańskich Sił Powietrznych No Kum-Sok. Uśmiechnął się do kilkunastu Amerykanów, którzy z otwartymi ze zdziwienia ustami obserwowali tę niezwykłą scenę, po czym wyjął z kieszeni fotografię Kim Ir Sena i powoli podarł ją na kawałki. Potem wyjął z kieszeni pistolet i wręczył go najbliższemu Jankesowi.

Porucznik No Kum-Sok

Ten wychowany w chrześcijańskiej atmosferze absolwent szkoły misyjnej od najmłodszych lat nie wierzył komunistom. Hordy wiecznie pijanych radzieckich żołdaków panoszących się w jego kraju tylko go w tym umocniły. W wieku 17 lat wstąpił do Akademii Marynarki Wojennej właśnie z myślą o ucieczce z Korei Północnej. Kiedy wybuchła wojna znalazł się w grupie kadetów przetransferowanych do Sił Powietrznych, gdzie przeszedł szkolenie na najnowszym radzieckim myśliwcu. Wziął udział w misjach bojowych przeciwko Amerykanom, za co został kilkukrotnie odznaczony. Cały czas jednak myślał o ucieczce… Okazja nadarzyła się już po podpisaniu zawieszenia broni.

Jak wspomniałem, MIGi-15 przez cały czas trwania konfliktu stacjonowały w Chinach, skąd szanse dolecenia nad terytorium kontrolowane przez Amerykanów były minimalne. Po zawieszeniu broni porucznik No Kum-Sok został przeniesiony chwilowo do Phenianu. Kiedy tylko tamtejsze zbombardowane lotnisko zostało naprawione wsiadł do MIGa i po kilkunastu minutach lotu wylądował w bazie Kimpo.

Amerykanie oczywiście natychmiast spytali się go, czy przeczytał ich ulotkę i czy to właśnie skłoniło go do ucieczki. Koreańczyk zrobił wielkie oczy. Jaka operacja? Jakie ulotki? Jaka nagroda? Nigdy o czymś takim nie słyszał!

Kiedy pokazano mu jedną z ulotek i wyjaśniono na czym polegała operacja „Moolah” uśmiał się setnie. Przede wszystkim ulotki zostały zrzucone zbyt daleko od komunistycznych baz. Nawet przy sprzyjającym wietrze nie miały szans, by do nich dolecieć.

Po drugie – każdy kto miał nieszczęście żyć pod komunistycznym butem wiedział, że za posiadanie takiej ulotki zapłaci zesłaniem do łagru wraz z całą rodziną.

Po trzecie – żaden Chińczyk, Koreańczyk, czy Rosjanin nie uwierzyłby w jej autentyczność. Ci ludzie żyli w systemie, który był uosobieniem hipokryzji i zakłamania. Założenie, że uwierzyliby w autentyczność paru zdań na kawałku papieru było skrajnie naiwne.

Po czwarte – obietnica nagrody pieniężnej nie zrobiłaby na nich żadnego wrażenia. Po prostu nie znali siły nabywczej dolara. Nie mieli pojęcia, czy 100 tysięcy dolarów wystarczy na zakup roweru, czy domu.

Porucznik No Kum-Sok stwierdził, że gdyby w ulotce znajdowała się obietnica pracy w USA, wtedy byłaby ona bardziej przekonywująca. A co z audycjami radiowymi? Podobnie! Żaden komunistyczny pilot nie miał najmniejszej szansy, by je usłyszeć. W północnokoreańskich koszarach najczęściej znajdował się tylko jeden odbiornik radiowy, nad którym pieczę sprawowali oficerowie polityczni i który odbierał tylko komunistyczne rozgłośnie.

MIG, którym porucznik No Kum-Sok uciekł do Korei Południowej został rozebrany na części i wysłany do bazy lotniczej Wright-Patterson, gdzie złożono go z powrotem i poddano wszechstronnym testom. Potem Amerykanie zaoferowali Rosjanom zwrot samolotu.

MIG-15, którym porucznik No Kum-Sok uciekł do Korei Południowej został wcielony do US Air Force, a następnie trafił do muzeum.

Rosjanie nie mogli się na to zgodzić. Przyjmując myśliwiec z powrotem musieliby się przyznać, że brali aktywny udział w konflikcie koreańskim. MIG trafił więc do Narodowego Muzeum Sił Powietrznych w Dayton w stanie Ohio, gdzie znajduje się do dziś.

Porucznik No Kum-Sok otrzymał obiecane 100 tysięcy dolarów (odpowiednik dzisiejszych 820 tysięcy dolarów) i w 1954 roku wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie zmienił swoje nazwisko na Kenneth Rowe. Razem z nim do Stanów wyjechała jego matka, której również udało się uciec z Korei Północnej. Otrzymał amerykańskie obywatelstwo i ukończył wydział inżynierski Uniwersytetu Delaware. Pracował przez lata jako inżynier dla koncernów lotniczych takich jak Boeing, Grumman, czy Lockheed oraz dla szeregu innych firm. W 1996 roku napisał książkę „A MIG-15 to Freedom”, a w roku 2000 przeszedł na emeryturę. Często odwiedza bazy lotnicze i opowiada młodym amerykańskim pilotom swoją historię. Spotkania z nim cieszą się ogromną popularnością, ponieważ porucznik No Kum-Sok jest osobą o wielkim poczuciu humoru.

 

Źródło:

  • Herbert A. Friedman, Operation Moolah, The Plot to Steal a MIG-15, http://www.psywarrior.com
  • Operation Moolah, http://en.wikipedia.org
  • No Kum-Sok, http://en.wikipedia.org
Udostępnij:
Will napisał(a):

Bardzo interesujące