Agent Kotek i inne dziwaczne pomysły amerykańskiego wywiadu

Waszyngton, Wisconsin Avenue, lato 1966 roku.
Dwaj mężczyźni siedzący na ławce przerwali rozmowę i jak na komendę obejrzeli się do tyłu. Na środku ulicy, obok zaparkowanej na poboczu furgonetki stała taksówka. Wokół niej biegało trzech facetów, a każdy z nich miotał najgorsze przekleństwa pod adresem kierowcy.

Jeden z nich przyklęknął na asfalcie i wypatrywał czegoś pod samochodem, inny zaś bębnił pięściami po masce taksówki. Jej kierowca siedział blady za kierownicą i ani myślał, by wyjść z pojazdu.

Co się stało? Czyżby taksówkarz kogoś potrącił? Chyba nie… Tylko dlaczego tamci tak wrzeszczą? Ech, ci Jankesi to jednak dziwni ludzie! Pewnie od dobrobytu im się w głowach poprzewracało.

Mężczyźni na ławce wrócili do przerwanej rozmowy. – A więc mówicie Iwanie Grigorjewiczu, że wizyta baletu Bolszoj w tym roku w Waszyngtonie jest możliwa do zrealizowania? – zagaił jeden z nich.

Gdyby urządzić konkurs na najbardziej pomysłową agencję wywiadowczą na świecie to CIA miałaby puchar w kieszeni. Twardogłowi schematycy z KGB musieli mieć naprawdę niezły ubaw przyglądając się coraz to nowym pomysłom chłopaków z Langley. Ci zaś regularnie wyskakiwali z takimi numerami, przy których obśmiana swego czasu „bomba gejowska” to mały pikuś.

Humorystyczne wyobrażenie „gejowskiej bomby”

Gay Bomb miała być supertajnym projektem Amerykańskich Sił Powietrznych mającym na celu stworzenie niezabijającej broni bazującej na niezwykle silnym afrodyzjaku, który zamieniłby żołnierzy wroga w homoseksualistów i sprawił, że zamiast walczyć zajęliby się seksem. Widać twórcom tej bzdury przyświecało hasło „Make love, not war”. Za swoje wysiłki zostali wyróżnieni IgNoblem (Antynoblem w 2007 roku), czyli nagrodą dla głupiego, trywialnego lub nietypowego wynalazku.

Na początku zimnej wojny, kiedy rozpoczynał się wyścig zbrojeń, Amerykanie postanowili stworzyć kierowane pociski rakietowe pilotowane przez… gołębie. Ptak zamknięty w kapsule wewnątrz pocisku miałby przed sobą ekran z obrazem przekazywanym przez kamerę znajdującą się na czubku rakiety. Po rozpoznaniu celu miał stukać dziobem w ekran przekazując sygnał do centrum dowodzenia, które odpowiednio pokierowałoby pociskem (Project Pidgeon). Oczywiście nic z tego nie wyszło.

W 1954 roku CIA we współpracy z brytyjskim MI6 oraz zachodnioniemiecką Federalną Służbą Wywiadowczą postanowiła wykopać tunel z Berlina Zachodniego do Wschodniego, by podpiąć się do centrali telefonicznej wojsk radzieckich. Pomysł nie był nawet taki głupi… We wrześniu owego roku przystąpiono do pracy. Górnicy sprowadzeni z USA kopali tunel 24 godziny na dobę przez bite sześć miesięcy. W końcu udało się! Podłączono się do ruskich kabli i zaczęto nagrywać rozmowy sowieckich generałów.

Wielki sukces? Bynajmniej!

Zanim jeszcze wbito w ziemię pierwszą łopatę Rosjanie dysponowali dokładnymi planami tej operacji. Dostarczył je im oficer brytyjskiego wywiadu George Blake współpracujący z KGB. Sowieci spokojnie poczekali, aż tunel zostanie ukończony, a kable podpięte, po czym przez rok radośnie faszerowali zachodnie wywiady informacjami wyssanymi z brudnego palucha. Po roku zabawa im się znudziła, więc po prostu weszli do tunelu, pogonili podsłuchiwaczy i zasypali całe ustrojstwo.

Nie-tak-sekretny tunel pod Berlinem

Szczególnym zainteresowaniem dowcipnisiów z Langley cieszył się kubański przywódca Fidel Castro. W ciągu pięćdziesięciu lat CIA próbowała go zgładzić niemal… 700 razy! Niektóre pomysły były wyjątkowo komiczne i chyba żywcem wzięte z kreskówek. Podsunięto mu np. pastę do butów wydzielającą trujące opary (wyrzucił ją), płaszcz nasączony trucizną (ani razu go nie użył) oraz… wybuchające cygaro (nigdy po nie nie sięgnął). Próbowano wreszcie podać mu truciznę, która sprawiłaby, że kubańskiemu dyktatorowi odpadłaby jego słynna broda, co w zamyśle jankeskich agentów z Bożej łaski miało spowodować utratę autorytetu wśród Kubańczyków.

Przy takich pomysłach eksperymentowanie z LSD na niczego nieświadomych, przypadkowych ludziach (operacja „Midnight Climax”), próby manipulacji pracą ludzkiego mózgu (projekt MKULTRA), czy organizowanie zamachów bombowych, porwań i zamieszek, by nastepnie zwalić winę na Kubańczyków (operacja „Northwoods”) zyskują rangę poważnych i racjonalnych przedsięwzięć.

Moją ulubioną operacją CIA, przy opisie której robi się człowiekowi „i śmieszno i straszno” jest operacja „Acoustic Kitty”, czyli „Akustyczny Kotek” przeprowadzona na początku lat 60-tych. Odtajniono ją stosunkowo niedawno, bo dopiero w 2001 roku.

W 1961 roku ktoś z Wydziału Nauki i Techniki Centralnej Agencji Wywiadowczej wpadł na pomysł, by w charakterze tajnych agentów wykorzystać… koty. Wyposażony w aparaturę podsłuchową sierściuch mógłby niepostrzeżenie znaleźć się w pobliżu radzieckich dyplomatów akredytowanych w Waszyngtonie i bezkarnie nagrać ich rozmowy. A gdyby udało mu się dostać do ambasady?

Szefostwo CIA widziało już oczami duszy, jak szef waszyngtońskiej rezydentury KGB rozmawia ze swoimi współpracownikami o supertajnych operacjach trzymając na kolanach kota – agenta CIA… Coś pięknego, prawda?

Nie tracąc ani chwili wzięto się do roboty. W ciągu pięciu lat przeznaczono na ten projekt około 20 milionów dolarów. W uchu kota umieszczono maleńki mikroczip, u podstawy jego czaszki wszczepiono miniaturowy nadajnik radiowy, zaś baterię zasilającą całe urządzenie umieszczono w brzuchu zwierzęcia. Cieniuteńką antenę poprowadzono wzdłuż grzbietu i ogona.

Schemat budowy kociego agenta

Rozpoczęły się żmudne treningi, podczas których specjaliści z CIA odkryli to, o czym wie każdy właściciel kota – że wytresować to sobie można psa, ale nie futrzatego indywidualistę, który chadza własnymi ścieżkami. W dodatku kiedy kot był głodny, to nie zważał na rozkazy z centrali, tylko zaczynał uganiać się za myszami i ptakami.

W pocie czoła udało się jednak osiągnąć w miarę zadowalające wyniki. Po pięciu latach od chwili rozpoczęcia programu i wydaniu dwudziestu milionów dolarów zdecydowano się na próbę generalną w warunkach polowych.

Ambasada Związku Radzieckiego (dawniej) i Rosji (obecnie) w Waszyngtonie mieści się przy Wisconsin Avenue w dość zielonej okolicy. Pewnego letniego dnia w 1966 roku nieopodal ambasady zaparkował niczym nie wyróżniający się van. Samochód naszpikowany był najnowszą ówczesną elektroniką obsługiwaną przez kilku agentów CIA. Jeden z nich otworzył klatkę z owocem pięcioletnich badań – szarym kotem z wszczepioną aparaturą podsłuchową. Celem operacji było podsłuchanie dwóch radzieckich dyplomatów siedzących na ławce na skwerze po drugiej stronie ulicy.

Uchylono drzwi samochodu i wypuszczono cyberkota. Pisk opon! Krótkie przeraźliwe miauknięcie!

Kot wbiegł na ulicę prosto pod koła nadjeżdżającej taksówki. Pięć lat treningu, badań oraz dwadzieścia milionów ówczesnych dolarów zostało zredukowane do kociego truchła leżącego na środku ulicy.

Agenci zebrali to, co zostało z kota i odjechali. Projekt został zamknięty. Podobno teraz CIA eksperymentuje z robakami jako nosicielami aparatury podsłuchowej…

Źródło:

  • Project: Acoustic Kitty, The Guardian, 11.09.2001.
  • Snejana Farberov, Operation Acoustic Kitty: How the CIA’s attempt to turn CATS into cyborg spies ended abruptly after the cat was run over by a cab, Daily Mail, 9.05.2013.
  • Greg Bjerg, Operation Acooustic Kitty, http://www.damninteresting.com
  • Acoustic Kitty, http://en.wikipedia.org
Udostępnij: