Złamany szpon amerykańskiego Orła. Wstydliwa nieporadność USA w Iranie

Pustynia Dasht-e-Kavir, 300 kilometrów na południowy wschód od Teheranu, 25 kwietnia 1980 roku, godzina 1:30.
Na środku irańskiej pustyni panował ruch jak na nowojorskim Times Square. Mrok bezksiężycowej nocy rozjaśniały przenośne reflektory ustawione wokół czterech potężnych samolotów transportowych tworząc świetlny krąg. Kilkadziesiąt umundurowanych postaci uwijało się wokół maszyn jak w ukropie. Wynosili z wnętrz Herculesów przeróżny sprzęt, żywność, skrzynie z amunicją i broń. Dużo broni. 

Inna grupa komandosów operowała poza kręgiem światła. Ich zadaniem było skanowanie otoczenia i zapewnienie bezpieczeństwa kolegom wyładowującym sprzęt potrzebny do akcji.

Dwóch komandosów od dłuższej chwili wpatrywało się w ciemność okrywającą pustynię. W oddali pojawił się maleńki świetlny punkcik, który rósł z każdą sekundą. Do ich uszu dotarł warkot silnika. Obydwaj żołnierze natychmiast padli na ziemię. Ktokolwiek porusza się tym pojazdem musi zginąć.

Kiedy ciężarówka znalazła się w odległości kilkudziesięciu metrów jeden z komandosów puścił długą serię z M-16 w kierunku kabiny. Drugi sięgnął po granatnik przeciwpancerny M-72. Zdjął zaślepki z obu końców, rozsunął dwie koncentryczne rury, celował przez sekundę i nacisnął spust. Z tyłu wyrzutni pojawił się niewielki strumień ognia i pocisk z głowicą kumulacyjną pomknął na spotkanie celu.

Nad pustynią wyrosła olbrzymia kula ognia, a huk eksplozji odbił się echem od gór okalających pustynię. Ciężarówka była cysterną pełną paliwa.

Gorący podmuch zmusił komandosów do wtulenia twarzy w piasek. Nie zauważyli, że na moment przed eksplozją kierowca cysterny wyskoczył z kabiny i pobiegł do jeepa jadącego za nią. Samochód natychmiast zawrócił i zniknął w mroku.

To była jedna z najgorzej przygotowanych i najbardziej spartolonych operacji sił specjalnych w historii wojskowości. Karygodne błędy popełnione podczas jej planowania i realizacji będą jeszcze długo studiowane we wszystkich akademiach wojskowych na całym świecie. Ale od początku…

Mohammad Reza Pahlavi

Odwrót od Zachodu i powrót ajatollaha

Sytuacja wewnętrzna w Iranie systematycznie pogarszała się od początku lat 70-tych. Bajeczne bogactwo szacha Mohammada Rezy Pahlawiego (po lewej) i jego świty stało w szokującym kontraście z biedą i bezrobociem, które nękały miliony Irańczyków. W siłę zaczęli rosnąć islamscy fundamentaliści niechętni prozachodniemu władcy. Garnęła się do nich biedota wściekła z powodu przepaści dzielącej bogatych i biednych Irańczyków, część klasy średniej oraz studenci teologii, którzy z czasem wyrosną na najbardziej fanatycznych rewolucjonistów. Szach nie zamierzał patyczkować się z opozycją. Tajna policja SAVAK otrzymała nowe uprawnienia i wkrótce zasłynęła z brutalności i bezwzględności. Zaczęło dochodzić do morderstw politycznych, które zniechęciły do szacha nawet jego dotychczasowych zwolenników. Funkcjonariusze SAVAKu mordowali przeciwników szacha w niezwykle okrutny, staroperski sposób. Często np. rzucano związanych nieszczęśników do dołów z dzikimi zwierzętami lub jadowitymi wężami.

W 1978 roku w prasie ukazały się artykuły krytykujące przebywającego na wygnaniu ajatollaha Chomeiniego. W odpowiedzi na nie w mieście Kom na ulice wyszły setki studentów protestujących przeciwko zniesławianiu uwielbianego przez nich przywódcy religijnego. Policja użyła broni, padli zabici. Ich pogrzeb przerodził się w serię demonstracji przeciwko szachowi, które zaowocowały kolejnymi ofiarami. Kraj zalała fala protestów, podczas których niszczono sklepy z zachodnimi towarami, podpalano samochody i demolowano przedstawicielstwa zachodnich firm, których pracownicy w popłochu opuścili kraj. Zamieszki doprowadziły do upadku i tak ledwo zipiącej gospodarki. Robotnicy z zamykanych fabryk dołączyli do protestujących. Iran pogrążył się w chaosie.

W styczniu 1979 roku znienawidzony szach opuścił Iran i wraz z żoną udał się do Egiptu. Premier Szapur Bachtiar próbował uspokoić sytuację. Wypuścił więźniów politycznych i zezwolił Chomeiniemu na powrót do kraju. Wracającego z kilkunastoletniego wygnania ajatollaha witało na lotnisku w Teheranie prawie 10 milionów ludzi.

Premier Bachtiar zaproponował mu współpracę i udział w przygotowaniach do nowych wyborów, ale Chomeini, doskonale zdający sobie sprawę z własnej popularności odrzucił propozycję i utworzył własny rząd. Iran stał się państwem teokratycznym.

Zakładnicy w ambasadzie

4 listopada 1979 roku o godzinie 6:30 rano około pięciuset studentów – fanatycznych zwolenników ajatollaha wdarło się na teren amerykańskiej ambasady w Teheranie i uwięziło kilkudziesięciu jej pracowników. Maleńki oddział Marines chroniący placówkę był bezradny.

Wśród napastników był niedawny prezydent Iranu Mahmud Ahmadineżad.

Początkowo studenci planowali czasową okupację ambasady, odczytanie swoich żądań i wycofanie się. Okazało się jednak, że ich akcja zdobyła ogromną popularność w społeczeństwie szczerze nienawidzącym Wielkiego Szatana, czyli Ameryki. Poparcia udzielił im także sam Chomeini. W tym momencie było już wiadomo, że nie odpuszczą i że kryzys szybko się nie skończy. Takimi głupstwami jak pogwałcenie wszelkich norm dyplomatycznych i naruszenie eksterytorialności amerykańskiej placówki nikt się oczywiście nie przejmował.

Amerykanie zostali skuci kajdankami, zawiązano im oczy i postawiono przed tłumem ciskającym w nich najgorsze przekleństwa i wiwatującym na cześć bohaterskich studentów. Następnie zapędzono ich z powrotem do ambasady, gdzie czekało ich wiele dni tortur i upokorzeń.

W zamian za zwolnienie zakładników Irańczycy zażądali wydania w ich ręce szacha przebywającego wówczas na leczeniu w Stanach Zjednoczonych, odmrożenia irańskich środków finansowych w amerykańskich bankach oraz oficjalnych przeprosin USA za mieszanie się w wewnętrzne sprawy Iranu.

Prezydent Jimmy Carter niemal natychmiast zdecydował się na rozwiązanie siłowe. Nie poprosił innych rządów o pomoc w negocjacjach, nie użył nacisku dyplomatycznego, ani ekonomicznego. Potrzebował spektakularnego sukcesu.

Rok 1980 był w USA rokiem wyborczym. Kadencja Cartera nie należała, delikatnie mówiąc, do najbardziej udanych. W kraju rosło bezrobocie, rany spowodowane wojną w Wietnamie goiły się wolno, poluzowano kurs wobec Związku Radzieckiego, a sam Carter okazał się być politykiem chwiejnym i słabym. Jego popularność malała z każdym dniem i wizja klęski w nadchodzących wyborach prezydenckich stawała się coraz bardziej realna. Udana operacja ratowania zakładników mogła jednak to wszystko odwrócić. Natychmiast przystąpiono do planowania siłowego rozwiązania kryzysu.

Orzeł wystawia szpony. Przynajmniej usiłuje…

Operacja miała wyglądać następująco. Na irańskiej pustyni, w miejscu oznaczonym jako Desert One ląduje sześć transportowych Herkulesów z komandosami Delta Force i Marines, bronią, amunicją, sprzętem i paliwem. Chwilę później dołączają do nich śmigłowce Sea Stallion z lotniskowca USS „Nimitz”. Tankują paliwo, biorą na pokłady komandosów i lecą w stronę punktu Desert Two, gdzie czekają już ciężarówki dostarczone przez agentów CIA działających w Iranie. Komandosi wsiadają do ciężarówek, jadą do Teheranu, atakują ambasadę, odbijają zakładników, przeprowadzają ich na sąsiadujący z ambasadą stadion, gdzie czekają śmigłowce, które przewożą ich na lotnisko Manzariyeh położone pod miastem. Lotnisko zostaje wcześniej opanowane przez silny oddział Rangersów. Zakładnicy i komandosi wsiadają na pokłady Herkulesów i odlatują ku wolności. Kurtyna. Oklaski.

W skrócie – kilkudziesięciu ramboidów spuszcza łomot 40 milionom Persów, opanowuje ich stolicę, zabiera zakładników i odlatuje. Proste, prawda?

Czy taka operacja miała szansę realizacji? Owszem, ale w Hollywood. I to pod warunkiem, że znaleziono by scenarzystę, który wskutek wieloletniego zażywania kokainy stracił kontakt z rzeczywistością oraz szalonego producenta, który wpakowałby kilkanaście milionów dolarów w taką bajkę.

Trudno w to uwierzyć, ale naprawdę taki był plan. Jednym z jego autorów i najgorętszych zwolenników był najbliższy współpracownik Cartera – doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego Zbigniew Brzeziński.

Operacji nadano kryptonim „Szpon Orła”. Seria błędów zaczęła prześladować to przedsięwzięcie od samego początku… Przede wszystkim prezydent Carter zażądał, by szczegółowo informowano go o każdym najdrobniejszym detalu planowanej operacji. Chciał mieć na wszystko wpływ. Spróbujcie zrealizować jakiś ważny projekt w pracy czując oddech szefa na karku…

Każdy rodzaj sił zbrojnych USA chciał mieć swój udział w tej operacji, a Carter bezmyślnie się na to zgodził nie dostrzegając animozji, jakie istniały między Armią, Korpusem Piechoty Morskiej, Marynarką Wojenną i Siłami Powietrznymi USA.

Takie animozje istnieją w siłach zbrojnych każdego kraju. Dlatego do przeprowadzania operacji specjalnych powołuje się osobne dowództwo, które koordynuje działania jednostek specjalnych wchodzących w skład wszystkich rodzajów sił zbrojnych.
Dowództwo Piechoty Morskiej zdecydowało, że na potrzeby operacji może przeznaczyć tylko osiem śmigłowców Sea Stallion. Spotkało się to z gwałtownym sprzeciwem pułkownika Charlesa Beckwitha – dowódcy Delta Force. Według niego absolutnym minimum niezbędnym do przeprowadzenia operacji było sześć śmigłowców. Jeśli więc uszkodzeniu ulegną więcej niż dwie maszyny akcja zakończy się klęską. Argumentował, że potrzebuje kilku zapasowych maszyn. Bez skutku.

Planowanie operacji trwało pięć miesięcy. Przez ten czas była ona objęta klauzulą najwyższej tajności. Do tego stopnia, że nikt nie poinformował o niej załóg śmigłowców oraz komandosów, którzy mieli wziąć w niej udział! W związku z powyższym nie przeprowadzono żadnych treningów, żadnych ćwiczeń! Komandosi i lotnicy dowiedzieli się o tej operacji na krótko przed jej rozpoczęciem.

Wszystko nie tak…

1 kwietnia 1980 roku, na trzy tygodnie przed operacją dwóch agentów CIA i oficer US Air Force wyznaczyło na irańskiej pustyni punkt Desert One – miejsce, gdzie transportowe Herkulesy miały wyładować sprzęt i komandosów oraz uzupełnić paliwo w śmigłowcach. Udali się tam niewielkim dwusilnikowym samolotem Twin Otter. Ocenili twardość gruntu i zakopali w piasku zdalnie sterowane reflektory podczerwieni oraz stroboskop, które miały ułatwić lądowanie amerykańskim samolotom. Poza tym za pomocą specjalistycznego sprzętu zbadali aktywność irańskich radarów. Doszli do wniosku, że samoloty i śmigłowce będą mogły poruszać się niezauważone nad irańską pustynią pod warunkiem, że utrzymają pułap poniżej 1000 metrów.

Wieczorem 24 kwietnia 1980 roku sześć Herkulesów oderwało się od pasa startowego w bazie lotniczej na wyspie Masirah u wybrzeży Omanu. Tuż przed wejściem w irańską przestrzeń powietrzną uzupełniły paliwo z latających cystern KC-135 i podążyły w stronę punktu Desert One. Osiągnęły go około godziny 23:00. Piloci założyli noktowizory i zdalnie uruchomili reflektory podczerwieni umieszczone na pustyni trzy tygodnie wcześniej przez agentów CIA. Kiedy ciężkie maszyny zatrzymały się pośrodku pustkowia komandosi natychmiast rozpoczęli wyładunek sprzętu, amunicji i broni.

W pobliżu punktu Desert One biegła droga. Agenci CIA zwrócili na nią uwagę, ale doszli do wniosku, że jest ona już od dawna nieużywana. Mylili się. Dwaj żołnierze zabezpieczający lądowisko zauważyli zbliżającą się ciężarówkę. Ostrzelali pojazd i potraktowali pociskiem z granatnika. Ciężarówka okazała się być cysterną pełną przemycanego paliwa i w mgnieniu oka pustynię rozjaśnił blask ogromnej eksplozji. Kierowca zdążył zbiec, wsiadł do samochodu jadącego za cysterną i oddalił się z miejsca eksplozji.

Chwilę później na drodze pojawił się autobus pełen pasażerów. Na szczęście komandosi nie strzelali do niego. Zatrzymali pojazd, kazali wszystkim wysiąść i przetrzymali ich na pokładzie jednego z Herkulesów.

W tym samym czasie w stronę Desert One zmierzały śmigłowce Sea Stallion, które wystartowały z lotniskowca USS „Nimitz”. I tu pojawiły się problemy.

Jeden z helikopterów o kryptonimie Bluebeard 6 zasygnalizował awarię silnika i pilot musiał posadzić go na ziemi na długo przed osiągnięciem celu. Załoga przesiadła się do innej maszyny, Bluebeard 8 i kontynuowała misję. Niedługo potem maszyny wleciały w gęstą burzę piaskową. Bluebeard 5 stracił orientację i zawrócił na lotniskowiec. Pozostałe sześć śmigłowców (niezbędne minimum do przeprowadzenia operacji) doleciało do punktu Desert One ze znacznym opóźnieniem. Na domiar złego okazało się, że jeden z nich, Bluebeard 2 jest poważnie uszkodzony.

Piloci Piechoty Morskiej niepotrzebnie lecieli zaledwie 60 metrów nad pustynią, podczas gdy bezpieczny pułap ustalony trzy tygodnie wcześniej wynosił aż 1000 metrów. Piasek uszkodził silniki maszyn, ponieważ na pokładzie lotniskowca piloci… zdemontowali filtry powietrza uznając je za zbyteczne (!).

Dwa Herkulesy wystartowały z Desert One, by zrobić miejsce dla nadlatujących śmigłowców. Do dalszego lotu nadawało się tylko pięć śmigłowców. Zapanował impas decyzyjny. Pilot uszkodzonego helikoptera argumentował, że maszyna nie nadaje się do lotu (części zamienne znajdowały się na pokładach maszyn, które nie doleciały do Desert One), a pułkownik Beckwith za nic nie chciał się zgodzić na zredukowanie swojego oddziału. Dowództwo operacji skontaktowało się z prezydentem, który nakazał przerwanie misji.

Pustynny dramat

Śmigłowcom brakowało paliwa, a żeby je uzupełnić Sea Stallion musiał znajdować się tuż za Herkulesem, na pokładzie którego były zbiorniki. Na lotnisku taki manewr nie przedstawiałby żadnych trudności – mały ciągnik przyholowałby maszynę we właściwe miejsce. Ale tu, na pustyni, w środku nocy takich ciągników nie było. Jeden ze Stallionów wystartował więc i na minimalnej prędkości zaczął się zbliżać do Herkulesa. Łopaty wirnika wzbiły w powietrze tumany piasku i pilot stracił orientację. Olbrzymi śmigłowiec wbił się w samolot i oba natychmiast stanęły w płomieniach. Życie straciło ośmiu żołnierzy.

Płonących maszyn nie można było ugasić, ponieważ… nie wzięto sprzętu gaśniczego. Komandosi mogli się więc tylko przypatrywać jak ich koledzy płoną żywcem.

Pułkownik Beckwith nakazał zniszczenie pozostałych pięciu śmigłowców i ewakuację na pokładach ocalałych Herkulesów. W zamieszaniu komandosi nie wysadzili jednak maszyn w powietrze. Kiedy transportowce znajdowały się już w powietrzu pułkownik Beckwith przypomniał sobie, że na pokładzie jednego z Sea Stallionów znajdowały się tajne dokumenty – dokładne plany misji i namiary na amerykańskich agentów w Teheranie.

Irańscy  żołnierze przybyli na miejsce wczesnym rankiem. Wyciągnęli z wraków maszyn zwęglone ciała Amerykanów, które potem za pośrednictwem irańskiej telewizji ujrzał cały świat. Ich uwadze nie uszły także tajne dokumenty. Opuszczone przez Amerykanów śmigłowce zostały wcielone do irańskiej Marynarki Wojennej i ponoć służą tam do dzisiaj. Amerykańscy agenci w Teheranie zostali pojmani i powieszeni.

Operacja „Szpon Orła” zakończyła się spektakularną klęską sił zbrojnych USA, której Iran nie omieszkał wykorzystać propagandowo. „Allah pogromił Wielkiego Szatana” – krzyczały nagłówki irańskich gazet. Przetrzymywanych w ambasadzie zakładników rozesłano do więzień w różnych częściach kraju, by zapobiec dalszym próbom odbicia ich.

Był to też gwóźdź do politycznej trumny prezydenta Cartera i jego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego Zbigniewa Brzezińskiego. Wybory prezydenckie wygrał republikanin Ronald Reagan.

Amerykańscy zakładnicy zostali zwolnieni 20 stycznia 1981 roku.

Źródło:

  • Charles Tustin Kamps, Operation Eagle Claw: The Iran Hostage Rescue Mission, Air&Space Power Journal, 21.09.2006.
  • Mark Bowden, The Desert One Debacle, The Atlantic Monthly, May 2006.
  • Włodzimierz Kalicki, 25 IV 1980. Fiasko akcji uwolnienia zakładników z ambasady amerykańskiej w Iranie, Gazeta Wyborcza, 25.04.2005.
Udostępnij:
Bronekpawel napisał(a):

Bardzo ciekawe. Niestety z popularnych mediów sie takich histroii nie dowiemy bo USA to nasz „najwiekszy” (chyba tylko terytorialnie) sojusznik!