Sukces okupiony krwią. Jak Rosja poradziła sobie z atakiem terrorystycznym?

Moskwa, Dom Kultury Zakładów Łożysk Kulkowych na ulicy Dubrowskaja, 23 października 2002 roku, godzina 21:00.
Drugi akt musicalu „Nord-Ost” właśnie się rozpoczął. Na widownię weszło kilku spóźnionych widzów, którzy w pośpiechu zajęli swoje miejsca. Światła zgasły zupełnie i na scenę wyszło dziewięciu aktorów w mundurach radzieckich lotników z czasów II wojny światowej. Zaczęli tańczyć i stepować w rytm skocznej muzyki.

Nagle z lewej strony sceny pojawił się jakiś człowiek ubrany w całkiem współczesny mundur polowy i w kominiarce na głowie. Położył na podeście kałasznikowa i bez trudu wspiął się na scenę. Podniósł broń i stanął pod ścianą obserwując taniec aktorów. Ci również go zauważyli, ale nie przerywali gry. W końcu profesjonalizm zobowiązuje…

Po kilku chwilach człowiek w kominiarce oderwał się od ściany, podniósł kałasznikowa w górę i puścił kilka serii w sufit. Muzyka umilkła. Terrorysta bezceremonialnie spędził aktorów ze sceny krzycząc coś w gardłowym języku. Zdezorientowani tancerze usiedli między widzami na widowni.

Jeden z nich, Igor usiadł obok starszej kobiety. Ta pochyliła się do niego.
– Świetnie zagrane. Ale co symbolizuje ten facet z kałasznikowem na scenie?

Dżochar Dudajew

Wojny z Czeczenami

1 listopada 1991 roku Dżochar Dudajew wybrany cztery dni wcześniej na prezydenta ogłosił niepodległość Czeczenii – niewielkiej kaukaskiej republiki na południowych rubieżach radzieckiego imperium. Moskwa zareagowała na to wprowadzeniem stanu wyjątkowego i przez kolejne trzy lata prowadziła działania mające na celu poskromienie zbuntowanej prowincji. Wspierano antydudajewską opozycję, a nawet podejmowano próby zamachu stanu.

W grudniu 1994 roku do republiki wjechały wojska rosyjskie. Rozpoczęła się trwająca ponad półtora roku Pierwsza Wojna Czeczeńska. Kaukascy górale stawili zacięty opór masakrując rosyjskie czołgi na ulicach Groznego i szarpiąc oddziały napastników w klasycznej wojnie partyzanckiej. Konflikt przeniósł się poza granice republiki – czeczeńscy dowódcy Szamil Basajew i Salman Radujew dokonali wypadów na terytorium Rosji zajmując szpitale w Budionnowsku i Kizlarze. Rosjanie zdobyli Grozny, jednak w sierpniu 1996 roku utracili go po skutecznym kontrataku czeczeńskim.

Podczas wojny zginął prezydent Dżochar Dudajew. 21 kwietnia 1996 roku  rosyjski samolot zwiadowczy namierzył jego telefon satelitarny. W powietrze poderwały się SU-24 i SU-25, które zbombardowały podaną lokalizację zabijając Dudajewa. Ostatniego dnia sierpnia 1996 roku w Chasawjurcie podpisano rozejm, który kończył działania wojenne, ale nie określał statusu republiki.

Zrujnowany wojną kraj pogrążył się w chaosie. Zaczęły grasować bandy porywające ludzi. Na początku na ich celowniku znajdowali się ci, za których zwolnienie mogli liczyć na sowity okup – dziennikarze i obcokrajowcy. Potem zaczęli znikać także zwykli obywatele. Ich los był straszny. Byli więzieni w potwornych warunkach, a jeśli rodzina nie zdołała zebrać żądanego okupu – byli okrutnie mordowani.

Rosyjska opinia publiczna, wcześniej obojętna wobec Czeczenów szybko ich znienawidziła. Kaukaski góral stał się dla przeciętnego Rosjanina bandytą i terrorystą. Rosyjskie służby specjalne starannie tę nienawiść pielęgnowały np. przez regularne pokazywanie w telewizji materiałów o czeczeńskich zbrodniach.

8 i 13 września 1999 roku w Moskwie doszło do dwóch potężnych zamachów bombowych na bloki mieszkalne, w których zginęło ponad 200 ludzi. Opinia publiczna szybko wskazała winnych – Czeczenów. Nieliczne głosy, że zamachy zostały przygotowane przez rosyjskie służby specjalne zostały szybko uciszone. Nowy premier Rosji Władimir Putin – były agent KGB miał pełne wsparcie i błogosławieństwo społeczeństwa, by rozpocząć Drugą Wojnę Czeczeńską.

Była ona znacznie bardziej brutalna od pierwszej. Rosyjscy żołnierze dopuszczali się najgorszych zbrodni na ludności cywilnej. Symbolem tej wojny stały się tzw. „zaczystki”, czyli regularne akcje pacyfikacyjne połączone z rabowaniem dobytku cywili, gwałceniem kobiet i pospolitymi morderstwami. Mieszkańców otoczonej wioski często wpędzano do jakiejś stodoły, którą podpalano. Innych wywożono do przerażających obozów filtracyjnych, z których mało kto wychodził żywy.

Spirala wzajemnej nienawiści została nakręcona do niewyobrażalnych granic. Rzeź w Czeczenii zrodziła tysiące ochotników zdolnych do każdego poświęcenia, by uderzyć w Rosjan.

Pełna harmonia w Moskwie

Moskwianie tymczasem prowadzili normalne, spokojne życie. Wojna toczyła się gdzieś daleko, tysiące kilometrów od stolicy. Niewiele ich obchodziła i z czasem zobojętnieli na doniesienia telewizyjne z Czeczenii. Mieli swoje sprawy. Pracowali, chodzili do kin, restauracji i… na musicale.

Musicalem wystawionym w Moskwie było nasze „Metro” Janusza Józefowicza z muzyką Janusza Stokłosy. Jego premiera odbyła się w 1999 roku i spektakl okazał się wielkim sukcesem. Wkrótce na scenach moskiewskich teatrów zaczęto wystawiać „Chicago”, „42nd Street” i inne. Wszystkie gromadziły komplet widzów.

Musical „Nord-Ost” był wyjątkowy. Został oparty na napisanej w 1944 roku książce Beniamina Kawerina pt. „Dwaj kapitanowie”. Wyreżyserowany przez Aleksieja Iwaszenkę i Gieorgija Wasiliewa musical opowiadał historię odkrycia przez Rosjan archipelagu Ziemii Północnej i pokonania arktycznego szlaku morskiego. Był bardzo widowiskowy i obfitował w zapierające dech w piersiach momenty – np. na scenie lądował olbrzymich rozmiarów bombowiec.

Musical zmienia się w dramat

23 października 2002 roku moskwianie przekonali się na własnej skórze, że wojna czeczeńska to nie tylko skąpe doniesienia prasowe i starannie przygotowane relacje telewizyjne. Że to prawdziwe cierpienie i prawdziwa śmierć. Doświadczyli ich na własnej skórze.

Czeczeńskie komando, które opanowało teatr na Dubrowce składało się z 40 terrorystów, wśród których było kilka kobiet. Zanim dokonali ataku starannie wyselekcjonowali potencjalne cele. Od początku 2002 roku odwiedzali moskiewskie teatry chodząc na wszystkie musicale. Wybór padł na „Nord-Ost” z prostego powodu. Był to jedyny musical grany po rosyjsku, podczas gdy inne wystawiane były w języku angielskim. Ich widzami byli więc głównie przebywający w Moskwie obcokrajowcy, a tych Czeczeni nie chcieli brać jako zakładników – zepsuliby tym sobie opinię na arenie międzynarodowej.

Wieczorem 23 października 2002 roku na sali widowiskowej Domu Kultury Zakładów Łożysk Kulkowych na ulicy Dubrowskaja był prawie komplet widzów. Pierwszy akt musicalu minął bez żadnych przeszkód. Podczas antraktu goście wyszli na papierosa lub kupowali napoje w bufecie. Nikt nie zwrócił uwagi na kilku śniadolicych mężczyzn, którzy wyglądali na zdenerwowanych. Jeden z nich ciągle trzymał przy uchu telefon komórkowy.

Kiedy widzowie ponownie zajęli miejsca na sali w pobliże wejścia do teatru podjechały trzy mikrobusy, z których wyskoczyło kilkudziesięciu ludzi ubranych w mundury polowe, z kominiarkami na głowach i z kałasznikowami w rękach. Błyskawicznie przebiegli korytarz, podzielili się na kilka grup, zajęli stanowiska przy wejściach na widownię i zaczęli nasłuchiwać.
Właśnie rozpoczynał się drugi akt spektaklu.

Na scenie stepowało kilku aktorów w strojach pilotów. Gdy terroryści usłyszeli dźwięki muzyki wtargnęli na salę. Widzowie na początku nie zwrócili na nich większej uwagi. Dowódca jednej z grup, Jasir podbiegł do sceny, wskoczył na nią i wystrzelił dwie serie w sufit. Akustyka sali zwielokrotniła huk wystrzałów.

– Won ze sceny! Ale już! – krzyknął do aktorów. Ci zdezorientowani zeszli na widownię i usiedli na wolnych miejscach. Widzowie zareagowali spokojnie. Byli przekonani, że to po prostu fragment spektaklu.
– Przyjechaliśmy z Groznego! Wojna dotarła do Moskwy! Jesteście zakładnikami! – wrzeszczał ze sceny terrorysta.

Do widzów zaczęła powoli docierać straszliwa prawda. Jeden spektakl się skończył, a zaczął się drugi – dramat, w którym oni będą przymusowymi aktorami i ofiarami.

Czeczeni polecili widzom pozostać na miejscach. Wybrali z sali kilku mężczyzn i kazali im iść ze sobą. Użyli ich w charakterze tragarzy do transportu materiałów wybuchowych z furgonetek do sali. Dwa z nich, zapakowane w turystyczne torby były wyjątkowo ciężkie. Wykonane z pocisków artyleryjskich bomby ważyły po kilkadziesiąt kilogramów i zostały umieszczone na balkonie oraz na środku głównej sali, w dziewiątym rzędzie pomiędzy zakładnikami. Wokół sali rozmieszczono kilkanaście mniejszych ładunków oraz miny MON-50 będące dokładnymi kopiami amerykańskich Claymore’ów.

Claymore to niezwykle skuteczna kierunkowa mina przeciwpiechotna nafaszerowana stalowymi kulkami o promieniu rażenia 60 stopni. W momencie odpalenia giną wszyscy znajdujący się w odległości do 50 metrów od niej.

Kobiety znajdujące się wśród terrorystów miały na sobie arabskie burki zasłaniające całą postać oprócz wąskiego otworu na oczy. Strój taki jest bardzo nietypowy dla ludów Kaukazu. W rękach trzymały pistolety i obwiązane były pasami szahidów z umocowanymi ładunkami wybuchowymi.

Szefem terrorystów był Mowsar Barajew – bratanek okrytego złą sławą czeczeńskiego watażki Arbi Barajewa odpowiedzialnego za liczne porwania i morderstwa. Jego zastępcy przedstawiali się arabskimi imionami Abubakar i Jasir.

Terroryści pozwolili zakładnikom korzystać z telefonów komórkowych. Chodziło im o to, by informacja o ataku oraz ich żądania jak najszybciej dotarły do władz oraz mediów.

Ich żądania były proste, a jednocześnie niemożliwe do spełnienia. Zażądali wycofania wojsk rosyjskich z Czeczenii dając na to tydzień czasu. Kiedy dotarło do nich, że nawet przy najlepszych chęciach ze strony władz jest to niemożliwe do spełnienia nieco zmodyfikowali swoje postulaty. Zażądali wycofania wojsk z części terytorium Czeczenii (nie sprecyzowali o jaką część im chodzi), zaprzestania ostrzału artyleryjskiego oraz nalotów, a także wstrzymania straszliwych „zaczystek”. Domagali się także, by Władimir Putin w orędziu do narodu wyraził wolę zakończenia wojny w Czeczenii.

Podczas ataku oraz przygotowań do niego popełnili poważny błąd – nie spenetrowali dobrze budynku.

Dom Kultury na Dubrowce powstał w 1974 roku i był jednym z wielu tego rodzaju. Podobne budowle można spotkać we wszystkich byłych krajach socjalistycznych, także w Polsce. Mieścił w sobie obok sali widowiskowej liczne pomieszczenia, w których odbywały się zajęcia przeróżnych klubów, czy kółek zainteresowań. Piwnice były bardzo rozbudowane i tworzyły istny labirynt. Podczas ataku przebywało w nich kilkanaście osób. Części z nich udało się uciec, pozostali czekali w ukryciu na wyzwolenie. Terroryści skupili się na pilnowaniu sali głównej oraz balkonów. Nie zapuszczali się do dalszych części budynku.

Ten błąd będzie ich drogo kosztował. To właśnie do piwnic przeniknie oddział komandosów z jednostki specjalnej Alfa, który tuż przed szturmem rozpyli gaz paraliżujący.

Negocjacje? Raczej nie…

Tuż po ataku udało się zbiec w sumie kilkudziesięciu osobom przebywającym poza salą widowiskową. Wśród nich byli aktorzy, którzy mieli wyjść na scenę w drugim akcie. Wiadomość o zajęciu przez terrorystów teatru na Dubrowce szybko dotarła do władz. Teatr został otoczony kordonem milicji i wojska. Nie był on jednak zbyt szczelny.

Już kilka godzin po zajęciu teatru przez kordon przedarła się 26-letnia Olga Romanowa. Bez większych problemów weszła do oblężonego Domu Kultury, podeszła do Mowsara Barajewa i… zaczęła na niego krzyczeć domagając się uwolnienia zakładników. Terroryści wyprowadzili ją z sali i rozstrzelali. Do dzisiaj nie wiadomo co pchnęło młodą dziewczynę do tak desperackiego czynu.

Pierwszego dnia kryzysu terroryści zwolnili kilkudziesięciu ludzi – były wśród nich kobiety w ciąży, dzieci poniżej 13 lat, muzułmanie i kilku obcokrajowców.

Obiecali zwolnić każdego, kto pokaże obcy paszport, jednak słowa nie dotrzymali. Po prostu przesadzili osoby podające się za cudzoziemców do jednego z ostatnich rzędów. Inna sprawa, że większość widzów po prostu nie wzięła paszportów ze sobą.
Przetrzymywanie tak ogromnej liczby zakładników (około 700 osób) w jednym miejscu zrodziło poważne problemy. Terroryści nie zgodzili się na dostarczenie z zewnątrz żywności i wody. Rozdali zakładnikom to, co znaleźli w barze i automatach sprzedających – wafelki, czekoladki, puszki z colą. Nie było mowy o wyjściu do toalety – jej rolę musiał pełnić orkiestron, z którego wkrótce zaczęło straszliwie śmierdzieć.

Rząd rosyjski zaoferował terrorystom bezpieczny transport do innego kraju. Kiedy oferta została odrzucona Kreml umył ręce. Żaden z negocjatorów, którzy podczas następnych dwóch dni pojawią się pod teatrem na Dubrowce nie będzie miał pełnomocnictw od Putina.

A negocjatorów tych było sporo – od polityków, poprzez dziennikarzy, aż po celebrytów. Do teatru wpuszczona została także ekipa telewizji NTW, która przeprowadziła wywiad z hersztami terrorystów. Dziennikarze mówili potem, że Mowsar Barajew sprawiał wrażenie bardzo mało inteligentnego i wypowiadał się w sposób prostacki i prymitywny.

Kreml nie przysłał swoich negocjatorów najprawdopodobniej dlatego, że od początku brał pod uwagę jedynie siłowe rozwiązania konfliktu.

Specjalna jednostka antyterrorystyczna Alfa ćwiczyła szturm w budynku innego teatru, bliźniaczo podobnego do tego na Dubrowce. Putin zdawał sobie sprawę z tego, że udana akcja komandosów poskutkowałaby ogromnym wzrostem jego popularności i to nie tylko w Rosji. Problem w tym, że nigdy wcześniej żadna jednostka specjalna nie stanęła przed tak arcytrudnym zadaniem – szturmem ogromnego, zaminowanego budynku, gdzie kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby terrorystów przetrzymuje kilkaset osób.

Zakładnicy tymczasem przeżywali katusze. Na sali wyłączono klimatyzację i panował w niej potworny zaduch. Ich stan psychiczny stale się pogarszał. Widok uzbrojonych terrorystów, zainstalowanych ładunków wybuchowych i siedzących wśród nich zakwefionych czarnych wdów obwiązanych pasami szahida sprawiał, że nawet najwięksi optymiści stracili nadzieję na ratunek. Zwłaszcza, że każdy hałas z zewnątrz powodował ogromne zdenerwowanie bandytów. Zrywali się na równe nogi, chwytali broń, a czarne wdowy zaciskały dłonie na detonatorach. Wielokrotnie polecali też zakładnikom pożegnać się z rodzinami. Ci przez telefon błagali swoich krewnych, by wywarli wpływ na władze, aby te spełniły żądania terrorystów i by za wszelką cenę nie dopuścili do szturmu budynku.

Hasłem ataku na teatr stały się słowa kilkukrotnie wypowiadane przez Mowsara Barajewa: „My bardziej chcemy umrzeć, niż wy chcecie żyć.”

Wieczorem drugiego dnia kryzysu, w czwartek 24 października doszło do niespodziewanej ucieczki dwóch osiemnastoletnich dziewczyn. Swietłana Kononowa i Jelena Zinowiewa przekonały siedzącą obok nich terrorystkę, by pozwoliła im pójść do toalety. Gdy się tam znalazły przecisnęły się przez wąskie okno i zeskoczyły z drugiego piętra na mały daszek, a z niego na ziemię. Jedna z nich skręciła sobie kostkę, więc do dziewczyn natychmiast podbiegło kilku komandosów z Alfy i wyniosło je w bezpieczne miejsce. Terroryści otworzyli ogień w kierunku uciekinierek raniąc jednego z komandosów. W odpowiedzi zaczęli strzelać rosyjscy snajperzy raniąc jednego z terrorystów w ramię. Czeczeni nie zastosowali represji za ucieczkę obu dziewczyn.
Zażądali za to, by rodziny przetrzymywanych zorganizowały manifestację antywojenną na Placu Czerwonym. W piątek 25 października zebrało się tam około dwustu ludzi z transparentami tylko po to, by spotkać się z kordonem milicji i dowiedzieć się, że manifestacja jest nielegalna.

Putin nie poszedł nawet na takie ustępstwo.

Pora spać

Jednymi z ludzi ukrywających się w podziemiach budynku byli elektryk i jego pomocnik. Nie mogąc opuścić oblężonego budynku siedzieli w piwnicy starając się robić jak najmniej hałasu. W czwartek 24 października napotkali dwóch dźwiękowców, z których jeden miał przy sobie telefon komórkowy. Przeszli do miejsca, gdzie znajdowały się wyloty wywietrzników klimatyzacji i wysłali SMSa do sztabu operacji z prośbą o zrzucenie kluczy od kratek zamykających wywietrzniki. Otrzymali potwierdzenie, że ich wiadomość została odebrana.

Dobę później nad ich głowami coś zachrobotało. Kratka wywietrznika otworzyła się i do środka wskoczyło kilku uzbrojonych komandosów z Alfy. Kazali zaprowadzić się do pomieszczenia z klimatyzatorami. Uważnie przestudiowali urządzenia, po czym wyszli tą samą drogą. Z elektrykami i dźwiękowcami został oficer, który zmęczony ciągłymi treningami… po prostu położył się spać.

Komandosi wrócili kilka godzin później w towarzystwie jakichś mężczyzn dźwigających 10-litrowe kanistry i jakieś tajemnicze urządzenia. Korzystając z pomocy elektryków podłączyli je do urządzeń klimatyzacyjnych. Była sobota, 26 października, godzina 5:00 nad ranem.

Klimatyzatory rozpoczęły pracę z lekkim szumem. Z wywietrzników na widownię zaczęła spływać ledwo dostrzegalna mgła. Ci z zakładników, którzy nie spali poczuli słodkawy zapach. Po kilku wdechach osuwali się na siedzenia i zasypiali. Czeczenki – czarne wdowy siedzące między zakładnikami na widowni również natychmiast zasnęły. Te, które stały pod ścianami zaczęły jedna po drugiej osuwać się na ziemię.

Mężczyźni okazali się być bardziej odporni na działanie gazu. Mowsar Barajew usłyszawszy szum klimatyzatorów zerwał się na równe nogi i zaczął krzyczeć „Natychmiast wyłączyć klimatyzację!”. Zaczął biegać po sali, po czym pobiegł na pierwsze piętro.

Na balkon gaz dotarł z opóźnieniem. Terroryści zgromadzili tam dzieci z zespołu, który również brał udział w przedstawieniach teatralnych. Ich opiekun widząc jak dzieci jedno po drugim osuwają się na krzesłach przytknął do ust i nosa zmoczoną szmatkę. Niewiele to pomogło. Wkrótce i on spał.

Szturm

Komandosi z jednostek Alfa i Wympieł („Proporzec”) zaatakowali od strony piwnic, wyjść służbowych oraz głównego wejścia do teatru. Szturm rozpoczął się kilkadziesiąt minut od uruchomienia klimatyzatorów i wpompowania gazu do budynku. Brało w nim udział kilkudziesięciu komandosów z obu jednostek. Dokładne dane na ten temat są jak wszystko co dotyczy wojska w Rosji – ściśle tajne.

Wiadomo, że bez większych przeszkód wdarli się na salę. Biegnąc po oparciach foteli odszukiwali wzrokiem śpiące wśród zakładników czarne wdowy i każdej z nich pakowali kulę w głowę z przystawienia. Terroryści zgromadzeni na scenie stawili krótki opór, ale zostali natychmiast zlikwidowani.

Żołnierze byli wyposażeni w maski przeciwgazowe, ale podczas szturmu większość je zdjęła – gaz zdążył się już rozrzedzić. Na ramionach mieli zawiązane białe chusty, by uniknąć strzelania do swoich. Używali karabinów szturmowych AS Wał z integralnym tłumikiem. Strzały, które słyszeli zgromadzeni przed budynkiem pochodziły więc z czeczeńskich kałasznikowów.
Na piętrze komandosi natknęli się na Mowsara Barajewa i kilku innych terrorystów, których natychmiast zabili.

Szturm zakończył się tuż przed godziną szóstą rano. Czterdziestu terrorystów już nie żyło, a żaden z komandosów nie został ranny. Czeczeni nie zdążyli odpalić żadnego z ładunków wybuchowych.

Ogromny sukces!

Niestety, został on przytłumiony przez tragiczne wydarzenia, które nastąpiły potem.

Akcja ratownicza była jednym wielkim chaosem

Komandosi, którzy zaraz po szturmie zaczęli ewakuować nieprzytomnych zakładników z sali zamiast prowadzić ich opartych o ramiona wynosili ich na rękach lub po prostu wyciągali za ręce i nogi. Wiele osób zadławiło się w ten sposób własnymi językami, bądź wymiocinami. Zakładnicy byli porzucani na ubłoconej ziemi, często jeden na drugim. Nieliczni lekarze (przed teatrem było ich zaledwie siedemnastu) byli bezradni. Przygotowali się na ratowanie ludzi rannych w wyniku postrzałów lub eksplozji, a nie zatrutych gazem.

Autobus z ofiarami zatrucia

Nikt im oczywiście nie powiedział o zastosowaniu gazu przez siły specjalne, a jego dokładny skład nie został przez Rosjan ujawniony do dzisiaj.

Karetki stojące przed teatrem nie mogły podjechać bliżej, ponieważ cały czas obawiano się, że budynek w każdej chwili może wylecieć w powietrze. Kiedy załadowano do nich nieprzytomnych ludzi okazało się, że tkwią w olbrzymim korku spowodowanym przez buldożery i dźwigi. Dowództwo operacji spodziewało się eksplozji i zawalenia budynku, stąd obecność ciężkiego sprzętu budowlanego.

Lekarze zaczęli aplikować zakładnikom nalokson – lek używany przy ratowaniu narkomanów. Nikt jednak nie pomyślał o tym, by oznaczać tych, którzy już lek otrzymali. W rezultacie niektórzy otrzymali podwójną dawkę, a inni nie dostali go w ogóle.

Niektórych zakładników wnoszono do zwykłych autobusów i nie udzielano im żadnej pomocy. Nikt nie koordynował akcji ratowniczej. Wskutek tego do jednego ze szpitali trafiło kilkuset ludzi, a do innego – zaledwie kilkunastu. I cały czas brakowało odpowiedzi na najważniejsze pytanie: jakiego gazu użyto podczas szturmu?

To połączenie totalnego chaosu, niekompetencji i paranoi na punkcie „tajemnicy państwowej”, jaką był skład użytego gazu kosztowało życie 130 zakładników.

Władimir Putin odwiedza w szpitalu uratowanych z teatru

Z wojskowego punktu widzenia operacja była olbrzymim sukcesem. Komandosi bez strat odbili zajęty budynek i zlikwidowali terrorystów. Użycie gazu było w tej sytuacji całkowicie zrozumiałe – wystarczyło, by jeden z terrorystów zdetonował ładunek, by cały budynek zawalił się grzebiąc pod gruzami Czeczenów, zakładników i komandosów. Jego stężenie musiało być odpowiednio silne, by obezwładnić zdrowego silnego mężczyznę – tacy przecież byli terroryści.

To, co nastąpiło po szturmie to sceny z najgorszego koszmaru. Rodziny ofiar przez długi czas nie mogły nawet odnaleźć ciał swoich bliskich. Pytania o przyczynę ich śmierci pozostawały bez odpowiedzi. W aktach zgonu w rubryce „przyczyna śmierci” wszystkim wpisano: terroryzm.

Kreml jednoznacznie uznał akcje za wielki sukces i stłumił wszelkie spekulacje na ten temat. A co najgorsze – nie wyciągnął z tej tragedii żadnych wniosków, za co niemal dwa lata później zapłaciły życiem niewinne dzieci. W Biesłanie.

Źródło:

  • Andrzej Zaucha, Moskwa Nord-Ost, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2003.
  • Moscow theater hostage crisis, http://en.wikipedia.org, Dostęp 18.08.2013.
Udostępnij:
Anonim pisze:

Rewelacyjnie się czytało, chociaż o tragedii w zasadzie… Chętnie jeszcze przeczytam artykuł o szkole w Bieslanie. A co do skuteczności to owszem sam szturm wielki sukces ale potem Rosjanie dali ciała i to w dużej ilości 130 w zasadzie za brak organizacji i to w tym wszystkim jest smutne.

Anonim pisze:

Super tekst.