Lwy ludojady z Tsavo

Okolice rzeki Tsavo, Brytyjska Afryka Wschodnia, 9 grudnia 1898 roku, godzina 8:00.
„Bwana! Bwana! Simba! Simba!” John Patterson wyszedł przed zeribę i zobaczył dwóch lokalnych tragarzy biegnących w jego kierunku. Zatrzymali się dysząc ciężko. Oficer spojrzał na twarze Murzynów – były popielate z przerażenia. – Co się stało? – spytał.

Zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać i wymachiwać rękami. Podpułkownik przywołał na pomoc całą swoją wątłą znajomość języka suahili starając się zrozumieć cokolwiek z ich bezładnej paplaniny.

Po chwili wiedział mniej więcej co się stało. Oto dwa lwy, które od niemal roku terroryzowały okolicę zaatakowały ponownie. Wkradły się do obozu hinduskich kulisów nad rzeką, na szczęście jednak nie zdołały zabić żadnego z ludzi. Zadowoliły się jednym z osłów pasących się niedaleko namiotów. W tej chwili właśnie konsumowały swoją zdobycz.

Oficer zmarszczył brwi. A więc nareszcie! W końcu ma szansę spotkać sie z nimi oko w oko! Nie może jej zmarnować! A więc trzeba działać szybko… Wpadł jak burza do namiotu i podbiegł do stojaka z karabinami. Zawahał się na sekundę. Czy ma wziąć swój wypróbowany karabin .303 Lee Enfield, czy też raczej ciężki dwulufowy sztucer, który zostawił mu komendant Farquhar.

Chwycił sztucer, wybiegając z namiotu porwał ze stołu pudełko amunicji i pobiegł co sił za Murzynami. Dogonił ich, zatrzymał i polecił iść za sobą zachowując całkowitą ciszę.

Powoli skradali się przez busz. Po chwili do ich uszu doszły odgłosy uczty drapieżników – trzask kości łamanych w potężnych szczękach, nieprzyjemny dźwięk rwanego ciała i pomruk zaspokajającego głód lwa-ludojada. W powietrzu czuć było woń krwi.
Trzask!

John Patterson zamarł na moment. Jeden z idących za nim tragarzy nadepnął na suchą gałąź.

Myśliwy natychmiast skoczył naprzód przykładając broń do oka. Na próżno. Ostrzeżony trzaskiem lew – albowiem ucztował tylko jeden – dał nura w gęste krzaki porastające niewielki zagajnik i tyle go widziano. Ale oficer ani myślał odpuścić. Szybko wydał rozkazy tragarzom. Pokiwali głowami i pobiegli do obozu.

Po kilkunastu minutach zagajnik otoczyło kilkudziesięciu Hindusów trzymających w rękach garnki, grzechotki, rondle – słowem, wszystko, co mogło wydać jak najgłośniejszy dźwięk. Uformowali półkole po przeciwnej stronie lasku i bębniąc ile sił w przyniesione kuchenne utensylia zagłębili się w gąszcz.

Myśliwy przyczaił się za dużym kopcem termitów i mocniej ścisnął w rekach sztucer. Teraz na pewno się uda!

I rzeczywiście. Po kilku minutach z gęstwiny wyłoniło się płowe cielsko drapieżnika, na którego polował od miesięcy. Przyglądał mu się przez chwilę. Był to olbrzymi okaz lwa bezgrzywowego – przedstawiciela endemicznego gatunku występującego wyłącznie na tym terenie. Z jego gardła wydobywał się głuchy pomruk, a gruby ogon uderzał o ziemię niczym bicz.

„Boże, daj mi pewną rękę i celne oko!” – pomyślał oficer i wysunął się zza termitiery. Lew i myśliwy przez ułamek sekundy patrzyli sobie prosto w oczy.  John Patterson podniósł sztucer do oka, starannie wycelował w niewielką plamkę w pobliżu ucha zwierzęcia i nacisnął prawy spust. Trzask!

Oficer zapomniał o swojej własnej zasadzie – „Nigdy nie ufaj cudzej broni!”

Pod koniec XIX stulecia mocarstwa kolonialne rozpoczęły „Wyścig o Afrykę” – gwałtowną kolonizację Czarnego Lądu. Najlepsze kąski trafiły się Brytyjczykom, którzy opanowali całą Afrykę Wschodnią – od Kairu aż po Kapsztad. Jednak zajęcie terenów to jedno, a ich utrzymanie to co innego. W nowych koloniach należało zbudować od zera całą infrastrukturę, przede wszystkim drogi i linie kolejowe umożliwiające komunikację, transport surowców, dostarczanie zapasów, a w razie potrzeby – przerzut oddziałów wojska.

W 1896 roku Brytyjczycy rozpoczęli budowę linii kolejowej, która miała połączyć Mombasę z Kisumu nad Jeziorem Wiktorii. Jej największym orędownikiem był brytyjski konsul generalny w Afryce Wschodniej sir Gerald Portal. Argumentował, że wybudowanie takiej linii pozwoli zabezpieczyć źródła Nilu, otworzy Brytyjczykom potężne rynki zbytu i odegra decydującą rolę w kolonizacji regionu. Mimo tego brytyjscy parlamentarzyści z trudem dali się przekonać do tej idei.

Budowa szła jak po grudzie. Trasa „Lunatic Express” jak złośliwie ochrzciła tę linię brytyjska prasa wiodła przez bardzo niezdrowe, malaryczne tereny i zdradziecką dżunglę, wymagała budowy niezliczonych mostów nad rzekami i wąwozami oraz przecinała terytoria zamieszkałe przez wojowniczych Masajów. Budowało ją ponad trzydzieści tysięcy hinduskich robotników sprowadzonych z Indii. Dwa i pół tysiąca z nich nigdy z Afryki nie powróciło.

Tracili życie podczas częstych wypadków przy pracy, umierali na malarię i inne choroby oraz ginęli w bójkach, które wybuchały każdego dnia. Najgorszy los spotkał jednak tych, których pożarły lwy. A konkretnie – dwa lwy…

W marcu 1898 roku do Afryki Wschodniej przybył oficer brytyjskiej armii John Henry Patterson. Był inżynierem i jednocześnie zapalonym myśliwym. Wcześniej stacjonował w Indiach, gdzie wielokrotnie uczestniczył w polowaniach na tygrysy. Dostał za zadanie nadzór nad budową mostu kolejowego nad rzeką Tsavo na pograniczu dzisiejszej Kenii i Tanzanii. Szybko się przekonał, że oprócz wyzwań natury inżynieryjnej będzie musiał stawić czoła prawdziwym niebezpieczeństwom.

W okolicach rzeki Tsavo żyje endemiczny gatunek lwa, którego charakterystyczną cechą jest brak grzywy. Od innych gatunków różnią go także większe rozmiary samców i ich ogromna agresja spowodowana między innymi wyższym poziomem testosteronu. Samce lwów z Tsavo aktywnie uczestniczą w polowaniach, podczas gdy u innych gatunków jest to głównie zadanie samic.

Lwy zazwyczaj nie polują na ludzi, jeśli mają pod dostatkiem innego pożywienia. Jedynie stare lub chore osobniki atakują czasem ludzi nie będąc w stanie zapolować na zwierzęta, które są ich pokarmem.

Kilka dni po tym, jak Patterson przybył na miejsce kilku hinduskich robotników zniknęło bez śladu. Podejrzewał, że uciekli, bądź padli ofiarą swoich rodaków, którzy pokusili się na odłożone przez nich pieniądze. Takie wypadki zdarzały się bowiem wcześniej. Szybko się zorientował, że prawda jest o wiele straszniejsza.

Dwa dni później ciszę równikowej nocy przerwał potworny wrzask. Lew wdarł się do namiotu zamieszkanego przez kilkunastu hinduskich robotników i porwał jednego z nich. Nieszczęsny kulis próbował wyrwać się z paszczy potwora, podczas gdy jego towarzysze patrzyli na tę straszliwą scenę sparaliżowani strachem. Wrzask pożeranego żywcem Hindusa słychać było w promieniu kilkuset metrów. W końcu urwał się jak ucięty nożem. Płowy drapieżnik odciągnął zdobycz w ustronne miejsce i rozpoczął ucztę.

Rano przerażeni kulisi poinformowali Pattersona o wydarzeniach koszmarnej nocy. Chwycił broń i przybiegł do obozu. Znalezienie miejsca, gdzie ucztował drapieżnik nie stanowiło problemu – krwawy ślad ciągnął się od namiotu do kępy krzewów odległej o kilkaset metrów. Widok zmroził krew w żyłach nawet tak doświadczonemu myśliwemu jak Patterson. Trawa w promieniu kilku metrów była barwy ciemnoczerwonej, wszędzie rozrzucone były fragmenty ciała i kości, wyprute wnętrzności leżały na kamieniach, a na ziemi wiła się pętla jelit. Pośrodku leżała odgryziona głowa nieszczęsnego Hindusa. Była nietknięta. Zamarł na niej wyraz bezgranicznego przerażenia.

Przyglądając się dokładnie temu koszmarnemu miejscu Patterson stwierdził, że ucztował tu nie jeden lew, ale dwa. Przysiągł sobie, że zrobi wszystko, by dopaść ludojadów.

Wybudował kilkumetrowej wysokości „grzędę” w pobliżu wspomnianego namiotu i wieczorem wspiął się na nią z bronią licząc na to, że drapieżnik zachęcony sukcesem zdecyduje się powtórzyć atak.

Około północy usłyszał głuchy pomruk dochodzący z oddali. Mocniej ścisnął karabin w dłoniach. Pomruk powtórzył się nieco bliżej. Potem jeszcze bliżej. I jeszcze bliżej. Potem zapanowała absolutna cisza. Patterson wytężył wzrok. Wiedział, że lwy podkradają się do ofiary w absolutnej ciszy. Spodziewał się, że za moment dojrzy cień drapieżnika. Nagle pół mili dalej rozległ się okropny wrzask – identyczny jak ten ostatniej nocy. Przerażony Patterson o mało nie upuścił broni na ziemię.

Lwy zaatakowały obóz położony tuż przy budowanej linii kolejowej i znów porwały jednego z Hindusów. Następnej nocy Patterson zaczaił się na drzewie przy tym obozie. Tym razem postanowił zwabić lwy przynętą – do wbitego w ziemię palika przywiązał kozę. Wdrapał się na drzewo i czekał.

Około drugiej nad ranem usłyszał mrożący krew w żyłach wrzask. Lwy znowu zaatakowały. Tylko nie ten obóz, przy którym się czaił.

Obozowiska hinduskich kulisów rozrzucone były na ogromnej przestrzeni – lwy miały więc ogromny wybór potencjalnych celów. Zaś Patterson musiał liczyć na łut szczęścia, że drapieżniki zaatakują akurat ten obóz, przy którym na nich czekał.

Rozpoczęła się śmiertelna zabawa w ciuciubabkę.

Lwy atakowały praktycznie każdej nocy. Nocny wrzask mordowanego kolejnego nieszczęśnika stał się tak powszechny jak poranne pianie koguta, czy skrzek małp. Wśród budowniczych kolei zapanowała psychoza strachu.

Hindusi zaczęli otaczać namioty zeribami – płotami z kolczastych gałęzi, budować sobie schronienia na drzewach i dachach budynków, a nawet tworzyć coś w rodzaju ufortyfikowanych ziemianek. Co noc wystawiano warty. Wszystko na nic – praktycznie co noc jeden lub dwóch Hindusów ginęło w paszczach potworów, które przeskakiwały zeriby, lub rozwalały je łapami, wskakiwały na niższe drzewa i dachy i rozkopywały ziemianki.

Przesądni kulisi zaczęli rozpowszechniać opinię, że te dwa lwy nie są zwykłymi zwierzętami. Twierdzili, że to diabły bądź okrutni czarownicy z plemion, których terytoria przecięła linia kolejowa. Przekonywali jeden drugiego, że nie ma na nie rady i że żadna ludzka broń nie jest w stanie ich zabić.

John Patterson

Patterson nie ustawał w wysiłkach, by uwolnić budowniczych od tych dwóch koszmarów. Polowanie w dzień nie miało większego sensu – ukryty w gęstym buszu lew miał ogromną przewagę nad myśliwym. Skupił się więc na poszukiwaniach ich legowisk.

Morale wśród Hindusów sięgnęło dna. Zaczęły się strajki i bunty. Tymczasem budowa mostu przez rzekę Tsavo wkraczała w najważniejszą fazę i Patterson nie mógł sobie pozwolić na przestoje. Część Hindusów uciekła, a reszta zażądała dodatkowego wynagrodzenia. Patterson odmówił. Musiał dodatkowo zaostrzyć dyscyplinę, ponieważ fatalne morale odbiło się na jakości pracy. To spowodowało, że kulisi znienawidzili go i zaczęli przeciwko niemu spiskować. Na szczęście miał wśród nich swoich informatorów i mógł w porę zneutralizować niebezpieczeństwo.

Lwy na pewien czas odpuściły. Patterson wiedział jednak, że prędzej, czy później powrócą i postanowił się przygotować. Zbudował solidną pułapkę w postaci długiej klatki przedzielonej kratą z szyn kolejowych. W tylnej części znajdowała się przynęta – w tej roli występował sam myśliwy. Przednia część klatki ucharakteryzowana była na wejście do namiotu. Wchodząc do niej lew potrącał sznurek, który z kolei zwalniał solidne drzwi zamykając drapieżnika w pułapce. Wtedy myśliwy-przynęta mógł spokojnie zastrzelić unieruchomione zwierzę. Całość otoczona była zeribą – niezbyt gęstą jednak, by nie zniechęcić lwa do ataku.

Patterson spędził wiele nocy w klatce jako przynęta. Bez rezultatu. Pewnej nocy ciszę ponownie rozradł przerażający krzyk. Lwy wróciły…

Hindusi, przekonani, że drapieżniki dały im spokój na stałe zrezygnowali ze środków bezpieczeństwa. Przestali spać na dachach i drzewach, zaniechali budowy zerib. Część z nich zaczęła nawet spać na świeżym powietrzu – letnie noce były bowiem bardzo upalne. Lwy skrzętnie to wykorzystały.

Stary koszmar wrócił ze zdwojoną siłą. Nocami znowu rozlegały się wrzaski pożeranych Hindusów, a Patterson wpadał w coraz większe przygnębienie. Te dwa potwory igrały sobie z nim jak chciały.

Na szczęście nie był już sam – do Tsavo ściągnęło kilkunastu myśliwych, wojskowych i cywilnych, by pomóc mu ustrzelić lwy, których sława dotarła aż do Mombasa i przy okazji zyskać sławę. Na nic! Lwy miały jakiś przedziwny instynkt i żaden z myśliwych nawet nie zdołał zobaczyć ludojada.

Zmieniły także taktykę. Przedtem polowały pojedynczo, a teraz zaczęły atakować we dwójkę. Razem wpadały do namiotu i każdy z nich uchodził z jedną ofiarą. Prace przy konstrukcji mostu ustały zupełnie. Kolejnych kilkuset ludzi zdecydowało się na ucieczkę. Byli tak zdesperowani, że blokowali tory własnymi ciałami, by zatrzymać pociąg i uciec z tego przeklętego miejsca.

3 grudnia 1898 roku w okolice Tsavo przybył komendant brytyjskiej policji w Afryce Wschodniej, niejaki Farquhar. Przyjechał z oddziałem sipajów, więc w Pattersona wstąpiła nowa nadzieja. Sipajowie – hinduscy żołnierze w służbie brytyjskiej zostali rozlokowani przy obozach kulisów. Dwóch z nich zajęło miejsca w klatce. Zapadł zmrok.

Około godziny 22:00 Patterson i Farquhar usłyszeli głośny trzask, który doszedł z miejsca, gdzie ustawiona była pułapka. To masywne drzwi zatrzasnęły się za lwem. Nareszcie!

Sipajowie w drugiej części klatki natychmiast otworzyli ogień. Każdy z nich miał dobry karabin i mnóstwo amunicji. Mieli także lampę naftową, by lepiej oświetlić unieruchomiony cel.

Strzelali jednak fatalnie. Lew zatrzaśnięty w pułapce ryczał głośno i rzucał się na kratę oddzielającą go od ludzi próbujących go zabić. Ci w szoku strzelali na chybił-trafił, co najwyżej lekko raniąc miotającego się tuż przed nimi potwora.

Podczas tej bezładnej strzelaniny jeden z pocisków uszkodził zatrzask drzwi klatki. Kiedy lew rzucił się na nie, te po prostu upadły na ziemię. Uwolniony drapieżnik dał nura w krzaki i tyle go widziano…

Kilka dni później komendant Farquhar zebrał swoich sipajów i wrócił do swoich obowiązków w Mombasa. Zostawił Pattersonowi swój sztucer i życzył powodzenia. Myśliwy znowu został sam.

9 grudnia 1898 roku obudził go krzyk dwóch lokalnych tragarzy, którzy biegli co sił w stronę jego namiotu. Według ich relacji lwy napadły na obóz nad rzeką, ale zamiast ludzi tym razem porwały osła, którego właśnie pożerały.

Patterson nie wahał się ani chwili. Chwycił sztucer, amunicję i pobiegł w ślad za nimi. Kiedy skradał się w stronę ucztującego lwa jeden z tragarzy nieostrożnie nadepnął na suchą gałąź. Czujny drapieżnik przerwał posiłek i dał nura w krzaki porastające niewielki zagajnik.

Patterson zaklnął. Ale nie wszystko było stracone! Szybko zorganizował nagonkę i polecił kulisom uformować półkole z przeciwnej strony zagajnika. Spłoszony lew musiał wypaść na niego. Ukrył się za kopcem termitów i czekał. Po kilku minutach usłyszał głuchy pomruk. Wychylił się zza kopca i podniósł sztucer do oka.

Lew znajdował się dosłownie kilka metrów od niego. Był olbrzymi, nawet jak na lwa bezgrzywowego. Patterson spokojnie wycelował i nacisnął prawy spust. Rozległ się trzask iglicy. Myśliwy stał jak sparaliżowany. Zapomniał, że ma jeszcze pocisk w lewej lufie.

Lew zawahał się na moment. Kakofonia dźwięków produkowanych przez nagonkę była coraz bliżej. Zrezygnował z ataku na myśliwego i zanurzył się w gęstwinie. Patterson oprzytomniał. Skoczył w ślad za nim i nacisnął lewy spust. Huknął strzał. Rozległ się krótki ryk. A więc chyba trafił!

Zaczął iść śladem drapieżnika, ale wkrótce go zgubił. Lew wyszedł z zagajnika i zanurzył się w gęstej trawie. Patterson przeklinał siebie, sztucer i komendanta Farquhara. Rozładowując broń zauważył, że w prawej komorze jednak tkwił nabój! Po prostu iglica nie trafiła w spłonkę!

Zanim wrócił do obozu postanowił obejrzeć ciało osła zabitego przez drapieżnika. Okazało się, że było ono dopiero nadgryzione – znak, że lew nie rozpoczął jeszcze uczty na dobre. Zatem było prawdopodobne, że wróci po zmroku, by dokończyć posiłek…

Z pomocą kulisów wzniósł w pobliżu kilkumetrowej wysokości rusztowanie i unieruchomił niedojedzone ciało osła w ten sposób, by lew nie mógł go odciągnąć w bezpieczne miejsce. O zmierzchu wdrapał się na rusztowanie i rozpoczął oczekiwanie.

Czy i tym razem czeka go rozczarowanie i lew zamiast wrócić do przerwanego posiłku znów porwie człowieka, którego krzyk rozedrze nocną ciszę?

Nie.

Kiedy zapadły ciemności Patterson usłyszał znajomy pomruk, zbliżający się od strony zagajnika. Lew wrócił. Ale nie po to, by dokończyć konsumowanie osła. On przyszedł, by zapolować. Na Pattersona.

Zaczął obchodzić rusztowanie, na którym skrył się człowiek. Ocierał się o drągi, na których było ustawione, bił w nie łapami. Chwiejna konstrukcja trzęsła się od tych uderzeń jak osika – Patterson nie przewidział takiego obrotu wydarzeń i nie zadbał o solidność konstrukcji. Teraz siedział na jej szczycie próbując za wszelką cenę uchwycić równowagę.

Opanował się na moment, przyłożył broń do oka i wypalił. Lew zaryczał głośno. Po chwili nastąpiła seria krótkich urywanych pomruków i Patterson usłyszał jak lew kręci się wkoło. Wystrzelił jeszcze kilka razy. Rozległ się jeszcze jeden ryk, po czym myśliwy usłyszał coś jakby głęboki syk. Jakby powietrze uchodziło z dziurawego balonu.

Na odgłos wystrzałów ludzie z pobliskiego obozu wybiegli z namiotów. Trzymając w rękach garnki i grzechotki pobiegli ku rusztowaniu robiąc po drodze ogromny hałas. Patterson zszedł z rusztowania. Rozentuzjazmowani Hindusi i lokalni tragarze zaczęli skandować „Mabarak!” co oznacza „Zbawca!”. Ostrzegł ich, by za żadne skarby nie próbowali odszukać ciała drapieżnika po ciemku. Drugi lew mógł się czaić w pobliżu. Poza tym nie miał stuprocentowej pewności, że istotnie go zabił.

Niecierpliwie wyczekiwał świtu. Kiedy niebo zaczęło się rozjaśniać ruszył na poszukiwania. Długo nie szukał… Martwy lew leżał kilkanaście metrów od miejsca, gdzie trafiły go kule myśliwego. Olbrzymi lew miał trzy metry długości. Dostał dwiema kulami. Jedna trafiła go w nogę, a druga w bark, przeszywając serce. Hindusi i tragarze zaczęli tańczyć i śpiewać wokół jego ciała. W końcu dźwignęli lwa z ziemi i zanieśli do obozu. Musiało go nieść aż ośmiu ludzi…

Wieść o zlikwidowaniu jednego z ludojadów szybko się rozniosła i Patterson otrzymał kilkadziesiąt telegramów z gratulacjami.

Ale przecież na wolności pozostawał drugi lew…

Kilka dni po śmierci swojego towarzysza spróbował wedrzeć się do chaty głównego inspektora linii kolejowej. Na całe szczęście inspektor nie wyszedł na zewnątrz, a słysząc hałasy na patio krzyknął „Wynoś się stąd!”, myśląc, że ich sprawcą jest jakiś pijany kulis. Dopiero rano, kiedy zobaczył odrapane pazurami drzwi i ściany zrozumiał, że ledwo uszedł śmierci.

Patterson, w nadziei, że lew powtórzy atak następnej nocy zainstalował się na dachu niewielkiej szopy stojącej obok domu inspektora. Jako przynętę przywiązał do palika kilka kóz. Noc minęła bez przygód. Dopiero tuż nad ranem lew znienacka pojawił się w obejściu, chwycił jedną z kóz i uciekł. Patterson wystrzelił kilkakrotnie w jego kierunku, ale spudłował.

Rano w towarzystwie kilku kulisów i tragarzy ruszył na poszukiwania. W odległości około pół mili zaskoczyli lwa, który właśnie konsumował porwaną kozę. Hindusi i tragarze natychmiast uciekli na drzewa. Patterson wycelował broń, ale zanim zdążył nacisnąć spust lew schował się w gąszczu.

Postanowił postąpić identycznie jak w przypadku pierwszego lwa. Ustawił rusztowanie w pobliżu niedojedzonej kozy (tym razem dopilnował, by było ono solidne) i o zmierzchu zajął stanowisko. Razem z nim był lokalny towarzysz o imieniu Mahina, który na polowaniach nosił za nim broń. Zaczęli czuwać na zmianę.

Patterson spał głębokim snem, kiedy poczuł jak Mahina szarpie go za ramię po czym bez słowa wskazuje palcem w ciemność, w stronę, gdzie leżała koza. Myśliwy chwycił broń i czekał cierpliwie. Zobaczył jak ogromny cień wyłania się z krzaków i zbliża do rusztowania. Kiedy lew przechodził dokładnie pod nimi Patterson nacisnął spust. Lwa aż przygniotło do ziemi, zdołał jednak zanurzyć się w wysokiej trawie. Rankiem Patterson i Mahina ruszyli jego tropem. Ślady krwi ciągnęły się na przestrzeni mili, po czym się urwały, ku wielkiemu rozczarowaniu myśliwego.

Minęło kilkanaście dni. Patterson zaczął myśleć, że ranny lew zdechł gdzieś w buszu od ran, ale nakazał swoim ludziom, by nie zaniedbywali środków bezpieczeństwa i zachowywali się tak, jakby lew ciągle żył. Uratował tym życie przynajmniej jednego z nich.

W nocy 27 grudnia 1898 roku obudziły go krzyki jednego z tragarzy, który spał na drzewie niedaleko jego namiotu. Po odgłosach domyślił się, że lew czai się w pobliżu drzewa i czeka na swą ofiarę. Wyjście poza zeribę w takiej sytuacji byłoby szaleństwem, więc ograniczył się tylko do kilkukrotnego wypalenia ze strzelby w kierunku odgłosów.

Następnej nocy razem z Mahiną wdrapali się na to samo drzewo mając nadzieję, że lew powróci. I mieli rację. Około drugiej w nocy Patterson zauważył w świetle księżyca jak drapieżca wychodzi powoli z krzaków i w absolutnej ciszy skrada się w kierunku drzewa. Wycelował starannie swojego Lee Enfielda i strzelił w momencie, kiedy lew był w odległości kilkunastu metrów od drzewa. Trafił, ale nie zabił. Lew odwrócił się i uciekł. Myśliwy posłał za nim trzy dalsze kule.

Rankiem ponownie zaczęli śledzić rannego drapieżcę. Tym razem krwi było o wiele więcej, niż poprzednio. Uszli może z kilkaset metrów, kiedy stanęli jak wryci. Ranny lew leżał koło kępy traw i szykował się do ataku. Patterson błyskawicznie podniósł karabin do oka i wystrzelił. Lew skoczył i ranny zaczął się czołgać w kierunku myśliwego.

Scena rodem z horroru – ranny potwór czołga się nieubłaganie w stronę człowieka, który w pośpiechu przeładowuje broń

Patterson strzelił ponownie. I jeszcze raz. Obydwa pociski trafiły lwa, ale nie zabiły go. Nadal czołgał się w kierunku myśliwego. Mahina nie wytrzymał i wdrapał się na pobliskie drzewo. Patterson niewiele myśląc poszedł w jego ślady. Kiedy wchodził na drzewo lew o mały włos chwyciłby go za nogawkę.

Drapieżnik okrążył drzewo, po czym zaczął czołgać się z powrotem. Patterson chwycił karabin Mahiny i strzelił. Lew padł i znieruchomiał. Kiedy jednak myśliwy podszedł do niego ostatnim wysiłkiem dźwignął się na przednie łapy. Dwie kule w głowę ostatecznie pozbawiły go życia.

W sumie oba ludojady z Tsavo zabiły 140 ludzi w ciągu dziesięciu miesięcy!

Dlaczego napadały na nich zamiast rozejrzeć się za swoim tradycyjnym pokarmem?

W 1898 roku okolice rzeki Tsavo nawiedził księgosusz – ciężka choroba bydła, która przetrzebiła stada pozbawiając lwy ich ulubionego pożywienia. Ponadto na tamtych terenach przez wiele lat kwitło niewolnictwo, zanim nie zostało zlikwidowane przez Brytyjczyków pod koniec XIX stulecia. Handlarze żywym towarem nie zawracali sobie głowy grzebaniem zmarłych lub zabitych nieszczęśników. Lwy znały więc smak ludzkiego mięsa. Hindusi, którzy zginęli przy budowie kolei byli grzebani bardzo prowizorycznie – drapieżniki mogły łatwo wykopać ciała z płytkich grobów.

Nie bez znaczenia była także bardzo duża wrodzona agresja lwów bezgrzywowych. Jeden z ludojadów miał wadę zgryzu, co uniemożliwiało mu pewny chwyt. Prawdopodobnie z tego powodu nie mógł polować na bydło, antylopy, czy zebry i skłonił się ku łatwiejszej, ludzkiej zdobyczy.

John Patterson zabrał ze sobą ich czaszki i skóry, które przez następne 25 lat służyły jako dywany w jego domu. Potem za sumę 5 tysięcy dolarów sprzedał je muzeum w Chicago. Tam zostały wypchane i można je podziwiać do dziś. Podpułkownik John Patterson zmarł 18 czerwca 1947 roku.

Historia ludojadów z Tsavo posłużyła za kanwę hollywoodzkiego filmu pt. „Duch i Mrok” z 1996 roku, w którym w rolę Johna Pattersona wcielił się Val Kilmer.

Źródło:

  • J.H. Patterson, The Man-Eaters of Tsavo and Other East African Adventures, Skyhorse Publishing, 2013.
  • John Henry Patterson, http://en.wikipedia.org
  • Uganda Railway, http://en.wikipedia.org
Udostępnij:
Dan pisze:

Ludzie byli, są i niestety będą debilami. Jak tacy odważni i szukają adrenaliny to niech polują ale bez broni. Proste. Takich ludzi powinno się wyeliminować. I taki powinien być morał z tego artykułu Panie Biszop.