Tak robi to Elita. Operacja Pewna Śmierć

Wojskowi eksperci są zadziwiająco zgodni w jednej kwestii – najlepszą jednostką specjalną na świecie jest brytyjski Special Air Service. Większość z tych, którzy w to wątpili albo, co gorsza, próbowali sprawdzić to na własnej skórze, przebywa już od dawna na tamtym świecie.

Tylko nieliczne akcje SAS przedostają się to publicznej wiadomości. Jedną z nich jest bezprecedensowa akcja uratowania zakładników wziętych do niewoli w sierpniu 2000 roku w Sierra Leone. Operacja nosiła kryptonim „Barras”. Jednak żołnierze w niej uczestniczący przechrzcili ją na operację „Pewna Śmierć”.

Na początku tego stulecia Sierra Leone było miejscem jakby żywcem wziętym z sennego koszmaru. Dziesięcioletnia wojna domowa zamieniła tę niegdyś bogatą brytyjską kolonię w krainę głodu, rozpaczy, bandytyzmu i odrąbanych kończyn. W rękach rządu znajdowała się tylko stolica Freetown. W dżungli poza miastem rządziły grupy rebeliantów. Jedna z nich nosiła nazwę West Side Boys.

West Side Boys

Właściwie nazywanie ich „rebeliantami” to grube nadużycie – to była zbieranina wiecznie pijanych i zaćpanych psychopatów i bandytów, których ulubioną rozrywką były napady na bezbronne wsie, gdzie gwałcili kobiety, mężczyznom odrąbywali ręce, a dzieci wcielali do swoich szeregów. Horror, jaki zafundowali wieśniakom przechodził wszelkie wyobrażenie.

W 1999 roku Rada Bezpieczeństwa ONZ postanowiła wysłać do Sierra Leone kontyngent wojskowy, którego trzon stanowili Brytyjczycy. Początkowo było to 6 tysięcy żołnierzy, potem liczba wzrosła do 13 tysięcy.

Dnia 25 sierpnia 2000 roku 12-osobowy brytyjski patrol Royal Irish Regiment pod dowództwem majora Alana Marshalla wpadł w zasadzkę przygotowaną przez West Side Boys. Trzy Land Rovery z Brytyjczykami i towarzyszącym im sierraleońskim oficerem łącznikowym zostały otoczone przez kilkudziesięciu uzbrojonych po zęby bandytów. Major Marshall kazał swoim ludziom odłożyć broń. Bandyci poprowadzili ich przez dżunglę do swojej siedziby – wioski Geberi Bana.

Wiadomość o porwaniu żołnierzy szybko dotarła do Freetown, a stamtąd do Londynu. Powołany przez premiera Blaira sztab kryzysowy natychmiast zdecydował o wysłaniu do Sierra Leone kontyngentu sił specjalnych. W jego skład wchodziło 72 komandosów SAS i SBS (Special Boat Service – „morska” wersja SAS) oraz 90 żołnierzy z elitarnego 1. Pułku Spadochronowego.

Decydenci w Londynie wiedzieli, że banda West Side Boys liczy około 400 ludzi. Dlatego postanowili wesprzeć komandosów SAS i SBS silnym oddziałem spadochroniarzy. Kiedy Brytyjczycy wylądowali w Freetown natychmiast przewieziono ich do jednej z baz poza miastem. Chodziło o to, by wiadomość o ich przybyciu nie dotarła do West Side Boys.

W tym samym czasie zakładnicy przechodzili piekło na ziemi. Byli non stop bici i torturowani, poddawani pozorowanym egzekucjom, pozbawiani snu i jedzenia. Najgorzej traktowany był sierraleoński porucznik Musa Bangura, którego bandyci uznali za zdrajcę. Trzymali go w dole kloacznym, z którego co jakiś czas był wyciągany i bity do nieprzytomności.

Po czterech dniach od porwania dowódca Royal Irish Regiment pułkownik Simon Fordham rozpoczął negocjacje z bandytami. Przywódca bandy – 24-letni psychopata i narkoman Foday Kallay zgodził się zwolnić pięciu zakładników w zamian za telefon satelitarny i trochę żywności. Pułkownik Fordham zażądał spotkania z zakładnikami, by upewnić się, że żyją. Kiedy podał rękę jednemu z nich, żołnierz ukradkiem przekazał mu zwitek papieru. Była to dokładna mapa obozu z zaznaczonym miejscem przetrzymywania zakładników. Pułkownik Fordham po powrocie do Freetown natychmiast przekazał ją dowódcy komandosów.

Wkrótce potem 10-osobowy oddział SAS ruszył do dżungli i po dwóch dniach marszu dotarł do Magbeni. Zamaskowani zwiadowcy rozlokowali się w tropikalnym lesie dosłownie kilkanaście metrów od chat bandytów. Stamtąd na bieżąco informowali dowództwo o każdym ruchu West Side Boys.

Obóz rebeliantów składał się z dwóch części przedzielonych błotnistą i śmierdzącą rzeką o nazwie Rokel Creek. Właściwie były to dwie wioski o nazwach Magbeni i Geberi Bana. Zakładnicy byli przetrzymywani w Geberi Bana pełniącej funkcję kwatery głównej bandytów, podczas gdy Magbeni służyła im za koszary – tam pobudowali baraki, w których nocowali.

Zakładnicy byli traktowani coraz gorzej. Istniało spore prawdopodobieństwo, że psychopaci wkrótce porąbią ich maczetami na kawałki.

Komandosi i spadochroniarze mając do dyspozycji dokładną mapę zbudowali w bazie wierne kopie wiosek Magbeni i Geberi Bana, gdzie bezustannie ćwiczyli wszystkie możliwe scenariusze ataku.

Dużym problemem było opracowanie sposobu dotarcia do nich. Do wiosek prowadziły wprawdzie dwie drogi, ale obie najeżone były posterunkami bandytów. Ryzyko dekonspiracji było zbyt duże. Kilkudziesięciokilometrowy marsz przez dżunglę również odpadał. Rozważano opcję dotarcia do celu za pomocą pontonów – okazało się jednak, że poziom wody w Rokel Creek o tej porze roku jest zbyt niski. Pozostał więc atak z powietrza.

Desant ze śmigłowców niósł ze sobą duże ryzyko. Zaalarmowani hukiem wirników bandyci mogli przecież w mgnieniu oka zastrzelić zakładników. Ponadto w ich arsenale były także granatniki, którymi mogli zestrzelić śmigłowce. Mimo to zdecydowano się podjąć ryzyko.

Premier Tony Blair dał zielone światło do siłowego rozwiązania kryzysu. O godzinie 6:16 rano 10 września 2000 roku z lotniska w Freetown poderwało się sześć śmigłowców – trzy ciężkie transportowe Chinooki i trzy szturmowce Lynx. Po kilkunastu minutach lotu dotarły nad cel.

Dwa Chinooki zawisły nad Geberi Bana na wysokości kilkunastu metrów, a komandosi SAS i SBS zjechali na ziemię na linach. Jednocześnie z dżungli wypadli zwiadowcy i otoczyli chatę z zakładnikami.

W tym samym czasie trzeci Chinook wylądował na polanie kilkaset metrów za wioską Magbeni na drugim brzegu rzeki. Trzy śmigłowce Lynx otworzyły ogień do baraków, w których spali West Side Boys.

Atak wspierał z powietrza także ciężki śmigłowiec szturmowy Mi-24 Hind zwany „latającym czołgiem” pilotowany przez południowoafrykańskich najemników.

W Geberi Bana rozpętało się piekło. Przebudzeni bandyci wybiegali z chat z kałasznikowami w rękach prosto pod kule komandosów. Ci nawet nie celowali. To nie była walka – to była masakra. Żaden z odurzonych narkotykami bandytów nie prosił o litość i nikt im litości nie okazywał. Komandosi strzelali niemalże z przyłożenia. W kilku miejscach doszło do walki wręcz. Potem w Geberi Bana znaleziono kilkanaście trupów z poderżniętymi gardłami.

Na drugim brzegu rzeki śmigłowce szturmowe systematycznie równały z ziemią baraki bandytów. Kiedy skończyły, do Magbeni wkroczyli spadochroniarze, by dokończyć robotę.

Już w pierwszych minutach walki zakładnicy zostali wyciągnięci z chaty i przeniesieni na pokład jednego ze śmigłowców. Ten natychmiast wystartował i przewiózł sześciu Brytyjczyków i sierraleońskiego oficera na pokład HMS „Sir Percivale” zakotwiczonego w pobliżu Freetown.

Hekatomba obu wiosek trwała około godziny. Zaledwie kilkunastu bandytów zdołało uciec do dżungli. Kiedy dym się rozwiał na ziemi leżało ponad trzysta trupów.

Rannych zostało dwunastu Brytyjczyków. Najciężej ranny żołnierz SAS Brian Tinnion zmarł po przewiezieniu do szpitala.

Na koniec żołnierze otrzymali niespodziewany bonus – spod zwału trupów w Geberi Bana wyciągnęli żywego przywódcę bandytów Fodaya Kallaya. Został przekazany rządowi Sierra Leone i obecnie odsiaduje wyrok 50 lat więzienia. Jeżeli jeszcze żyje…

Operacja „Barras” była największą pod względem zaangażowanych środków operacją uwolnienia zakładników w powojennej historii Wielkiej Brytanii.

Źródła:

  • Damien Lewis, Operation Certain Death, Arrow, 2005
  • Operation Barras, http://www.eliteukforces.info.
  • Chris Mcgreal, After 16 long days, free in 20 minutes, The Guardian.
Udostępnij:
Anonim napisał(a):

Uwielbiam czytać artykuły Biszopa, zawsze nie mogę się doczekać kolejnego. I oczywiście nie zawiodłem się tym razem, jak zwykle ciekawie. Obyś pisał jak najdłużej. :)

Anonim napisał(a):

jeżeli było 300 ciał, a zabito 25 członków gangu (wg informacji z ilustracji), to czyje były pozostałe ciała?