Osaczony. Jak za wszelką cenę uniknąć schwytania na wrogim terenie?

Okolice miasteczka Mrkonjic Grad, Bośnia i Hercegowina, 2 czerwca 1995 roku, godzina 16:00.
Trzask! Człowiek leżący w niewielkim dole wypełnionym liśćmi skulił się, zamarł w pozycji embrionalnej i wytężył słuch. Trzask!, Trzask! Trzask!

Nie ma wątpliwości – to odgłosy kroków. Słychać je coraz bliżej. Jeszcze chwila, a Serb stanie nad niewielkim dołem, w którym się ukrył, a wówczas musiałby być ślepym, by go nie zauważyć. Delikatnie zagarnął dłonią kupę suchych liści i próbował ukryć się pod nimi jak pod kołdrą. Ach, żeby tak na chwilę móc stać się jakimś robakiem i wpełznąć w najciemniejszą dziurę!
– Gde ides? (Gdzie idziesz?) – zapytał jakiś głos w nieznanym mu języku.
– Mislim da sam vidio nesto… (Chyba coś widziałem.) – odpowiedział inny głos, nieco bliżej prowizorycznej kryjówki.

Postać skulona w niej zamknęła oczy i zacisnęła dłoń na rękojeści pistoletu. Każda sekunda wydawała się jej godziną.

Kroki zaczęły się oddalać. Kapitan US Air Force Scott O’Grady odczekał jeszcze kilka minut, po czym sięgnął po nadajnik radiowy nie większy od walkmana. Włączył go, zbliżył usta do głośnika i wyraźnym szeptem powtórzył kilkakrotnie:
– This is Basher Five Two, this is Basher Five Two. Does anyone read me?

W kwietniu 1993 roku siły powietrzne państw NATO rozpoczęły operację „Deny Flight” nad rozdartą wojną domową byłą Jugosławią. Celem operacji było wyegzekwowanie ONZ-owskiego zakazu lotów nad terytorium Bośni i Hercegowiny. Serbowie raz naruszyli ten zakaz i nieciekawie się to dla nich skończyło. 28 lutego 1994 roku amerykańskie F-16 zestrzeliły cztery serbskie myśliwce bombardujące próbujące dokonać ataku na cele w Novym Travniku. Od tamtej pory żaden serbski samolot wojskowy nie pojawił się na niebie, ale nienawiść do Amerykanów znacznie wzrosła.

Myśliwce NATO regularnie patrolowały przestrzeń powietrzną nad Bośnią. Biorąc pod uwagę fakt, że Serbowie dysponowali radzieckimi systemami przeciwlotniczymi 2K12 Kub zadanie to było igraniem z ogniem.

W maju 1995 roku w odwecie za ostrzał Sarajewa maszyny NATO zniszczyły serbskie zapasy amunicji niedaleko Pale. Serbowie poprzysięgli zemstę. Odtąd każdy NATO-wski samolot przelatujący nad Bośnią może stać się celem ich ataku.

Jest 2 czerwca 1995 roku, godzina 13:15. Z amerykańskiej bazy lotniczej Aviano we Włoszech startuje para F-16 z 555 Dywizjonu Myśliwskiego US Air Force. Dzisiejszy patrol nad Bośnią poprowadzi kapitan Bob Wright – kryptonim Basher Five One. Jego skrzydłowym jest 29-letni kapitan Scott O’Grady – kryptonim Basher Five Two.

Kierują się na południowy wschód, przelatują koło Wenecji, lecą nad Adriatykiem, Chorwacją i o godzinie 13:45 przekraczają granicę bośniackiej przestrzeni powietrznej. Wspinają się na osiem tysięcy metrów i rozpoczynają patrolowanie. Poruszają się po owalu o długości ponad 40 kilometrów na południowy zachód od Bania Luki, a radary ich myśliwców przeczesują cały obszar objęty zakazem lotów. Takie latanie w kółko jest niebezpieczne – sprawia, że piloci stają się przewidywalni. Wróg rozpracowawszy ten powtarzalny cykl może zastawić pułapkę…

Amerykańskie myśliwce krążą nad Bośnią już niemal godzinę. Wright i O’Grady wpatrują się w ekrany radarów, na których nie widać jednak nic godnego uwagi.

F-16 z 555 Dywizjonu Myśliwskiego US Air Force

Tymczasem niemal dokładnie pod nimi przez górskie bezdroża przedziera się z trudem kilka dużych gąsienicowych pojazdów. Zatrzymują się na niewielkiej polanie. Umocowana na jednym z nich duża prostokątna antena ożywa i zaczyna się obracać. Po chwili także druga, umieszczona nad nią okrągła antena porusza się. Wklęsły talerz z umieszczonym pośrodku dyskiem opartym na trzech nogach wpatruje się w niebo i zaczyna powolutku obracać się śledząc cel.

O godzinie 14:50 w kokpicie samolotu kapitana Wrighta rozbłyska światełko alarmowe i jednocześnie sygnał akustyczny informuje go, że jego myśliwiec został namierzony przez wiązkę radarową. Natychmiast informuje o tym swojego skrzydłowego. Ten odpowiada, że jego radar nie sygnalizuje żadnego niebezpieczeństwa.

Nagle światełko gaśnie, a sygnał akustyczny się urywa. Ki czort? Kapitan Wright łączy się z krążącym nad Adriatykiem samolotem wczesnego ostrzegania Boeing E-3 Sentry. Pyta się, czy w ich strefie patrolowania znajdują się serbskie wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych. Odpowiedź jest negatywna. Uspokojony Wright dochodzi do wniosku, że to pewnie jakaś awaria systemów elektronicznych myśliwca.

Myli się i to bardzo.

Serbski dowódca wyrzutni Kub, którego nazwisko pozostaje nieznane do tej pory, właśnie podjął śmiertelną grę z Amerykanami i zamierza ją wygrać. Wysyłając krótką, kilkusekundową wiązkę radarową, która namierzyła samolot Wrighta poznał wysokość, prędkość i kierunek lotu Amerykanina. Wie, że gdyby namierzanie trwało dłużej wówczas komputer pokładowy F-16 uznałby to za zagrożenie i odpalił w kierunku źródła wiązki pocisk AGM-88 Harm, przeznaczony do niszczenia stacji radarowych. A wówczas z serbskiego dowódcy, jego żołnierzy i ich pojazdu zostałaby dymiąca dziura w ziemi.

Serb słusznie przewiduje, że amerykański pilot uzna sygnał za awarię elektroniki i nie zmieni planu lotu. Po kilkunastu minutach słyszy nad głową huk silników F-16. Nie widzi ich, ponieważ niebo zasnuwa gruba warstwa chmur. Ale to nie ma znaczenia. Na oddalonym o kilkadziesiąt metrów innym pojeździe spoczywają trzy kilkumetrowe rakiety 3M9ME zwane przez NATO-wskich pilotów „trzema palcami śmierci”. Te trzy „palce” unoszą się teraz w górę jakby w geście zwycięstwa. Serbski dowódca nakazuje odpalenie dwóch z nich.

Wyrzutnia rakiet systemu KUB

Pociski startują w odstępie dwóch sekund wlokąc za sobą białe warkocze. Lecą na ślepo, nie są kierowane wiązką radarową z ziemi, a przez to niewidoczne dla myśliwców.

Serbski dowódca uważnie wpatruje się w ekran radaru i trzyma palec na włączniku systemu namierzania. Rakiety za kilka sekund osiągną wysokość, na której lecą amerykańskie samoloty. Teraz! Serb wciska włącznik, obie anteny znów ożywają i natychmiast namierzają cel przekazując jego współrzędne do rakiet. Te są jak gończe psy, które właśnie natrafiły na ślad ofiary.

W myśliwcu kapitana O’Grady zapala się światełko alarmowe i rozlega się sygnał akustyczny. Melduje o tym Wrightowi. Ten odpowiada, że jego komputer milczy. Czyżby znowu awaria? Ale w drugim samolocie?

Nie ma czasu na deliberowanie. Kapitan Wright kątem oka spostrzega rakietę Kub zmierzającą ku niemu. Ostrzega O’Grady’ego i gwałtownie odbija maszyną w lewo. Pocisk eksploduje między dwoma myśliwcami.

O’Grady nie ma już czasu na reakcję. Drugi Kub rozrywa się tuż pod jego samolotem łamiąc F-16 jak zapałkę. Kokpit oddziela się od reszty maszyny, która wali się w płomieniach w dół. Zrozpaczony Wright patrzy na tragedię swojego skrzydłowego, ale nie może nic zrobić. Wypatruje spadochronu, ale przez gęste chmury nie może go dojrzeć. Melduje do bazy, że Basher Five Two został zestrzelony.

Tymczasem Scott O’Grady szamoce się w oderwanym kokpicie lecącym ku ziemi. Opanowuje się, chwyta za rączkę katapulty umieszczoną pod siedzeniem, tuli głowę w ramiona, te przyciska do ciała i ciągnie za uchwyt. Rozlega się krótka seria miniaturowych eksplozji – to ładunki wybuchowe odrywają osłonę kokpitu. Ułamek sekundy później uruchamia się niewielki silnik rakietowy umieszczony pod fotelem pilota, który wyrzuca go kilkanaście metrów w górę. O’Grady spada teraz ku ziemi z prędkością około dwustu kilometrów na godzinę. Pociąga za uchwyt spadochronu. Fotel oddziela się od pilota i spada osobno. Jest na czterech tysiącach metrów. Droga do ziemi trochę potrwa… Pilot zdaje sobie sprawę, że popełnił olbrzymi błąd ciągnąc od razu za rączkę spadochronu. Jego czasza jest teraz doskonale widoczna z ziemi.

Serbowie mają opadającego pilota jak na dłoni. Górska okolica miasteczka Mrkonjic Grad to jeden z ich bastionów. O’Grady majestatycznie przelatuje nad asfaltową drogą, na której zauważa kilka półciężarówek wyładowanych uzbrojonymi cywilami. Nie wyglądają na takich, co go przywitają chlebem, solą i szklaneczką rakiji…

Istotnie, to serbskie bojówki paramilitarne – zbieranina wszelkiego rodzaju mętów i szumowin, dla których brutalna wojna domowa jest rajem na ziemi. Są oni odpowiedzialni za większość najokrutniejszych zbrodni popełnionych w byłej Jugosławii.

Dla amerykańskiego pilota to bardzo niesprzyjająca okoliczność. Gdyby wpadł w ręce serbskich żołnierzy mógłby liczyć na cywilizowane traktowanie. Jeśli wpadnie w ręce bojówkarzy to niech lepiej Bóg ma go w opiece…

Po około dwudziestu pięciu minutach od katastrofy kapitan O’Grady uderza nogami w ziemię. Natychmiast łapie spadochron, zwija go pośpiesznie i wciska w najgęstsze krzaki. Potem zrywa się biegiem ku największej gęstwinie. Po około stu metrach zatrzymuje się. Przecież ucieczka na nic się nie zda… Raz-dwa wyczerpie siły, a Serbowie doskonale znający teren i tak go złapią.

Wraca do miejsca, gdzie ukrył spadochron i znajduje pakunek z zestawem survivalowym, który oddzielił się od fotela i opadł razem z nim. Rozrywa go i bierze najpotrzebniejsze rzeczy. Do kieszeni kombinezonu wciska 9 milimetrową Berettę, siatkę maskującą, torebki z wodą, GPS i przede wszystkim – nadajnik radiowy PRC-112 z zapasowymi bateriami.

Słyszy zbliżające się kroki. Rzuca się w bok, biegnie kilkanaście metrów i wpada do niewielkiego dołu. Nakrywa się liśćmi, bierze do ręki garść błota i rozsmarowuje je na twarzy. Serbowie zjawiają się na miejscu jego lądowania kilka minut później…

Tymczasem wiadomość o zestrzeleniu amerykańskiego myśliwca dociera do Waszyngtonu. Powiadomiony zostaje prezydent Bill Clinton oraz rodzina pilota. W Pentagonie ktoś rzuca pomysł, by na miejsce katastrofy wysłać oddział Sił Specjalnych, jednak zostaje on odrzucony.

O’Grady postanawia wspiąć się na jedną z okolicznych gór, by zwiększyć zasięg swojego nadajnika. Stara się przypomnieć sobie wszystko, czego nauczył się podczas 17-dniowego kursu SERE (Survival, Evasion, Resistance and Escape) w Stanach. Pamięta, jak jeden z instruktorów tłumaczył, że piloci najczęściej zostają schwytani w chwili, kiedy tuż po wylądowaniu rozpaczliwie próbują wezwać pomoc przez radio. Postanawia od tej pory oszczędzać baterie w swoim nadajniku i wykorzystywać go w ostateczności.

Na szczęście w nieszczęściu zakrawa fakt, że wylądował w górzystej i pokrytej gęstym lasem części Bośni. Te niedostępne tereny były z powodzeniem wykorzystywane przez jugosłowiańskich partyzantów podczas II wojny światowej. A więc… może jest szansa?

Postanawia poruszać się tylko nocami, między północą, a czwartą rano. Potem już wstaje świt. Dnie spędza w dołach i wykrotach, nakryty siatką maskującą i przysypany liśćmi. Kilkakrotnie słyszy serbskich bojówkarzy przechodzących tuż obok niego. Raz jeden z nich o mało nie nadeptuje mu na głowę. Na szczęście Serbowie nie mają ze sobą psów…

Męczy go pragnienie i głód. Wypił już całą wodę, jaką miał wziął z zestawu survivalowego. Nie wziął jednak z niego żadnych racji żywnościowych, za co przeklina teraz samego siebie. Wertuje stustronicową książeczkę z rysunkami jadalnych roślin występujących w tej strefie klimatycznej. Zaczyna żuć liście i źdźbła traw. Chwyta mrówki. Nie smakują mu jednak – są strasznie kwaśne. Lepsze są koniki polne, tylko najpierw trzeba oderwać im niejadalne nóżki.

Modli się o deszcz (Scott O’Grady jest człowiekiem głęboko wierzącym). Jego modlitwy zostają wysłuchane – czwartego dnia od katastrofy spada deszcz. Scott łapie wodę do plastikowych woreczków. Kiedy ją wypije zdejmuje skarpety i stara się wycisnąć z nich każdą cząstkę wilgoci.

Co jakiś czas próbuje wezwać pomoc przez radio. Kiedy nie dostaje odpowiedzi używa kodu Morse’a, nadając sygnał SOS. Wiele ryzykuje – wysyłane przez niego sygnały mogą być słuchane przez Serbów, którzy nie ustają w poszukiwaniach. Schwytanie amerykańskiego pilota byłoby dla nich ogromnym sukcesem propagandowym i potężną kartą przetargową w negocjacjach z NATO.

Amerykańskie myśliwce nieustannie przeczesują niebo nad Bośnią. Sygnał wysyłany przez O’Grady’ego dociera do kilku z nich, jednak nie można potwierdzić, czy to naprawdę on, czy kolejna serbska pułapka. W każdym razie jest nadzieja. Satelity szpiegowskie zostają przeprogramowane i przeczesują każdy metr kwadratowy bośniackich gór w poszukiwaniu zestrzelonego pilota.

Informacja o tych sygnałach jest ściśle tajna, ale i tak wycieka do mediów. Podczas ceremonii kończącej rok szkolny w jednej z akademii wojskowych w USA generał Ronald Fogleman, szef sztabu US Air Force pytany przez dziennikarzy przyznaje, że są odbierane sygnały, które mogą świadczyć o tym, że Scott O’Grady żyje. Równie dobrze można by wykupić ogłoszenie w jednej z serbskich gazet i napisać w nim „Haha! Nasz człowiek żyje i ma się dobrze, frajerzy! Zobaczymy, kto go znajdzie pierwszy!”.

Nadchodzi dzień 8 czerwca. To już szósta noc, którą zestrzelony pilot spędza na ziemi. Nieprzerwanie pnie się pod górę, by zyskać jak największy zasięg nadajnika. Około godziny drugiej w nocy przystaje na niewielkiej polance i po raz tysięczny szepcze do nadajnika:
– Tu Basher Five Two! Czy ktoś mnie słyszy?

Tym razem zamiast szumu słyszy po kilku sekundach:
– Tu Basher One One! Słyszę cię!

O’Grady ma ochotę skakać ze szczęścia. Opanowuje się jednak i mówi wyraźnie:
– Tu Basher Five Two! Żyję i oczekuję pomocy!

Sygnał odebrał kapitan Thomas Hanford – dobry kolega Scotta z 555 Dywizjonu patrolujący swoim F-16 bośniacką przestrzeń powietrzną. On również z trudem opanowuje wzruszenie. Postanawia jednak sprawdzić, czy to nie serbski podstęp. Zadaje O’Grady’emu pytanie o numer dywizjonu, w którym służył w Korei Południowej. Odpowiedź jest poprawna. Kapitan Hanford przekazuje do bazy meldunek o odnalezieniu pilota.

Na pokładzie helikopterowca USS „Kearsage” krążącego po Adriatyku rozlegają się dzwonki alarmowe. Na pokłady dwóch olbrzymich śmigłowców CH-53E Super Stallion wskakują komandosi z 24. Oddziału Ekspedycyjnego Piechoty Morskiej. Maszyny natychmiast wznoszą się w powietrze. Tuż po nich z pokładu odrywają się dwa Harriery i dwa śmigłowce bojowe Super Cobra. Z bazy w Aviano startują kolejne samoloty – Prowlery do walki elektronicznej (ich zadaniem będzie zablokowanie serbskich radarów), Hornety (mają zapewnić ochronę przed ewentualnymi atakami serbskich myśliwców) oraz niezgrabne A-10 Warthog (są pokraczne, ale niezastąpione w niszczeniu czołgów i wozów opancerzonych). Ogólnie na ratunek zestrzelonemu pilotowi rusza około 40 maszyn. Ta cała powietrzna armada spotyka się nad Adriatykiem i rusza na miejsce podane przez kapitana Hanforda. Wysoko nad nimi krąży Boeing E-3 Sentry, który dyryguje całą operacją.

Wstaje świt. Amerykańskie maszyny lecą nad pokrytymi mgłą bośniackimi górami. To groźny teren – Serbowie mają w okolicy wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych, a lecące wolno helikoptery są bardzo łatwym celem.

Jako pierwsi kontakt z O’Gradym nawiązują piloci myśliwców F-18 Hornet. Scott sięga po nadajnik GPS i odczytuje swoje współrzędne. Piloci Hornetów przekazują je do śmigłowców. Te około godziny szóstej rano docierają na miejsce. Piloci Super Stallionów widzą żółty dym unoszący się z niewielkiej polany. Pierwsza z maszyn, pilotowana przez majora Williama Tarbuttona siada na polanie. Dwudziestu Marines wyskakuje z niej i zabezpiecza teren wokół śmigłowca. Drugi Super Stallion ląduje nieopodal. Jego pilot widzi, jak z lasu wyłania się jakaś postać z pistoletem w dłoni i wśród kłębów mgły biegnie ku nim.

Scott O’Grady dopada otwartych drzwi śmigłowca i wskakuje do środka. Maszyna natychmiast startuje. Marines z drugiego Super Stalliona wracają do niego. Druga maszyna również po chwili znajduje się w powietrzu.

Marines okrywają zmarzniętego O’Grady’ego kocem i dają mu porcję MRE – Meal Ready to Eat. Ten bierze dwa kęsy potrawki z kurczaka, ale więcej już nie może jeść.

Serbowie nie zamierzają bezkarnie wypuścić Amerykanów ze swojej przestrzeni powietrznej. Tuż koło jednego z Super Stallionów przelatują dwa pociski z ręcznych wyrzutni Strieła. Na szczęście są niecelne. W kadłuby śmigłowców uderzają serie z kałasznikowów. Jeden z pocisków trafia w manierkę jednego z komandosów. Ten wyjmuje pocisk z pojemnika i pokazuje kolegom. Strzelcy pokładowi śmigłowców odpowiadają ogniem, ale strzelają na chybił-trafił.

Kiedy maszyny są już nad Adriatykiem piloci oddychają z ulgą. Tu już im nic nie grozi. A USS „Kearsage” jest zaledwie o kilkanaście minut lotu. Na jego pokładzie wszyscy uczestnicy akcji są owacyjnie witani.

W środku Scott O’Grady niedługo po uratowaniu

W Waszyngtonie jest już późna noc, kiedy doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego Anthony Lake wchodzi do Gabinetu Owalnego w Białym Domu i informuje prezydenta Clintona o sukcesie akcji. Pozwala sobie na małą niesubordynację.
– A teraz, panie prezydencie, z pana pozwoleniem, czy bez zamierzam zapalić cygaro!

Zmęczoną twarz prezydenta rozjaśnia szeroki uśmiech.
– Poczekaj, pójdę z tobą! – mówi Bill Clinton i sięga do ostatniej szuflady biurka, na której dnie ukrył pudełko doskonałych Corona Coronas.

Jego żona Hillary wprowadziła absolutny zakaz palenia w Białym Domu, więc obaj mężczyźni idą na drugie piętro i wychodzą na Balkon Trumana, gdzie zapalają cygara patrząc na pogrążony we śnie Waszyngton…

Autor: Mateusz „Biszop” Biskup

Źródła:

  • Kevin Fedarko, Mark Thompson, Rescuing Scott O’Grady: All for one, Time Magazine, 19.06.1995.
  • Bjorn Claes, One amazing kid – Capt. Scott O’Grady escapes from Bosnia-Herzegovina, http://www.f-16.net, Dostęp 16.06.2013.
  • Scott O’Grady, http://en.wikipedia.org, Dostęp 16.06.2013.
Udostępnij: