Perwersyjny prezydent, mordercze kuleczki i rogi Mojżesza. Jakie wpadki zaliczają tłumacze?

Wolisz „Wirujący seks” czy „Dirty Dancing”? Tłumaczenie może budzić równie wiele emocji, co treść – i to nie tylko w przypadku kina. Potrafi wywołać też… skandal dyplomatyczny.

1977 rok, Warszawa. Prezydent USA Jimmy Carter wita się z Polakami na płycie Okęcia. Mówi dość niewinnie, że rano wyleciał ze Stanów Zjednoczonych, cieszy się z wizyty i chce zrozumieć pragnienia Polaków dotyczące przyszłości. Jednak nie to słyszą ludzie czekający na tłumaczenie Stevena Seymoura. Ten inaczej interpretuje słowa prezydenta Cartera i prezentuje zebranym: „Dziś na zawsze porzuciłem Stany Zjednoczone”, „Chciałbym chwycić Polskę za części intymne” i „Pożądam Polaków”. Tygodnik „Time” uznał to za jedno z 10 najbardziej zawstydzających momentów w historii dyplomacji.

Wzrok pełen pożądania? :)

Ale wbrew pozorom, dobry i wierny przekład wcale nie oznacza przekładu dokładnego, słowo w słowo. Tłumaczenie to żaden proces, w którym wystarczy wymienić słowa z języka A, na słowa w języku B. Gdyby tak się działo, to w szkolnych realiach „studenci zaoczni” po angielsku byliby dosłownie „behind-eyes students”, od których wykładowca wymagałby na zajęciach aktywności, czyli „lasu rąk w górze” („forest of hands above”) i wypowiadania się „bez ogródek” („without small garden”). To śmieszne i absurdalne. Tłumacz nie może pozostać bierny w swojej roli przybliżenia obcego świata. Samo słowo tłumaczyć rozumiemy przecież dwojako – jako przekładać np. treść książki lub tytuł filmu z obcego języka na nasz, ale także tłumaczyć to wyjaśniać i interpretować. Osobie dokonującej przekładu nie wystarczą umiejętności językowe. Powinna też dobrze rozumieć kontekst całej treści. Inaczej, tak jak w autentycznym przykładzie widzianym przy nagrywaniu naszych programów, „dania z wieprzowiny” zamiast poprawnych „pork dishes/courses” stają się „Denmark pork” (Dania, ale jako kraj + wieprzowina).

WIRUJĄCY SEKS W SZKLANEJ PUŁAPCE

Skoro tak, to co sprawia, że śmiejemy się z „Wirującego seksu” na określenie legendarnego filmu z Patrickiem Swayzem? Tu poniosło tłumacza (a raczej dystrybutora decydującego o ostatecznej nazwie filmu w Polsce). Tytuł przyciąga uwagę, to na pewno. Jednak chęć nawiązania do treści filmu – bazującego na wyzwalającym tańcu – posunęła się za daleko, bo seksu w nim niewiele. Ba, tytuł lepiej pasowałby do filmu erotycznego, bo wirowanie wcale nie musi kojarzyć się od razu z tańcem.

Śmiech lub zdziwienie budzi także polski „Elektroniczny morderca” na Zachodzie znany jako „Terminator”.. W naszym kraju terminator bardziej niż z Arnoldem Schwarzeneggerem kojarzył się raczej z osobą przyuczającą się do zawodu, a nie kończącą (terminującą) czyjeś życie.

Trudno za to zrozumieć dlaczego horror „Phantasm” (z angielskiego: duch, widmo, mara) w polskich kinach pojawił się jako… „Mordercze kuleczki”; The Bold and the Beautiful (ang: Śmiali i piękni) stało się kultową „Modą na sukces”, a „Reality Bites” (ang. Rzeczywistość boli, dosł: gryzie)… „Orbitowaniem bez cukru”.

Czasem inwencja tłumacza stanowi powiew geniuszu. Z prostego „The Hangover” (ang. kac) powstało „Kac Vegas” znakomicie łączące stan po szalonej zabawie w miejscu akcji, czyli grzesznym Las Vegas. Tłumacz nie mógł jednak wiedzieć, że kolejna część filmu „The Hangover Part II” zabierze widzów do Tajlandii i stanie się niewytłumaczalnym „Kac Vegas w Bangkoku”. Niemal identycznym przypadkiem jest swojska „Szklana pułapka”. W kreatywny sposób odwołuje się do scenerii, czyli szklanego wieżowca, gdzie na Bruce Willisa ciągle czyhają niebezpieczeństwa. Nie jest przy tym próbą odtworzenia angielskiego idiomu (die-hard = nie do zdarcia; to die hard = być trudnym do wykorzenienia). Niestety, w kolejnych częściach „szklanymi” pułapkami stawały się nie przeszklony budynek, a lotnisko lub Nowy Jork…

UWAGA, SPOILER!

Absurdalne tłumaczenia tytułów to nie tylko polska domena. Swój „Wirujący seks” mają Francuzi, u których taneczny „Step Up” (w Polsce z dodatkiem „Taniec zmysłów) stał się „Seksownym tańcem”. To jednak nic przy dwóch przykładach, w których przetłumaczony tytuł… zdradził kluczowe elementy fabuły. I tak w Chinach „Szósty zmysł” (org. Sixth Sense) został nazwany „On jest duchem!”, a w Finlandii „Skazani na Shawshank” (org. Shawshank Redemption) nazwano „Rita Hayworth: Klucz do ucieczki”. Każdy kto widział jeden z tych filmów, pewnie teraz przeciera oczy ze zdumienia…

CO CHCĄ CZYTAĆ DZIECI?

Ciekawie robi się też przy tłumaczeniach literackich. Przepychanki o to, czy tolkienowski Aragorn powinien być w polskiej wersji nazywany Łazikiem (od przyjmującego tę formę tłumacza Jerzego Łozińskiego wziął się nawet termin „łozizm” używany przy wskazywaniu błędu translatorskiego) lub Obieżyświatem. Które z tych słów lepiej oddaje bohatera nie mogącego zagrzać na dłużej miejsca? To już pole do dyskusji (naprawdę szerokich) fanów „Władcy pierścieni”.

Weźmy na tapet literaturę młodzieżową. Tam nie raz, nie pięć tłumaczom zdarzało się zmieniać lub pomijać tematy tabu, które mogłyby gorszyć dzieci. I tak w anglojęzycznej wersji Muminków frazę: „Musiałem iść zrobić siusiu” zmieniono na „Chciałem popatrzeć na gwiazdy”. Bohaterowi „Podróży Guliwera” zakazano ugasić ogniska stróżką moczu – w wersji ocenzurowanej/tłumaczonej pojawiło się wiadro wody lub silny podmuch.

ZAPRAWDĘ, POWIADAM WAM…

Ale czasem sprawa staje się znacznie bardziej poważna niż opisywanie czynności fizjologicznych. Czy święte religijne księgi są równie święte po ich przekładzie (i interpretacji tłumacza)? Ortodoksyjni Żydzi trzymają się wyłącznie języka hebrajskiego, który podobnie jak arabski u muzułmanów jest mową boską. Istnieją tradycje żydowskie, które głoszą, że aniołowie rozumieją tylko święty język hebrajski! Nieco inaczej sprawa ma się z Biblią – przekazy chrześcijańskie były tłumaczone od samego początku istnienia tej religii. A rodzi to pewne problemy.

Tłumaczenie Biblii na łacinę dokonane przez św. Hieronima to jeden z najważniejszych tekstów w historii Europy. Kościół wykorzystywał je przez ponad 1000 lat.  Nieprzypadkowo później przekład nazwano Wulgatą, gdyż rozprzestrzeniła się na cały świat chrześcijański i została „textus vulgatus”, a więc tekstami pospolitymi dla każdego (takie samo korzenie ma słowo wulgaryzm, które kojarzy się nieco mniej z duchowością). To naprawdę świetna robota translatorska. Ale daleka od ideału. Popatrzmy na fragment Księgi Wyjścia: „Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj z dwiema tablicami Świadectwa w ręku, nie wiedział, że skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem.” Podkreślone „promieniowanie” to hebrajskie słowo „qaran”, które oznacza także „wypuszczać rogi”. W Wulgacie pojawiło się więc słowo „cornuta” (dosł. „rogata”) nawiązujące do tego drugiego znaczenia. W taki sposób Mojżeszowi przez tłumaczenie wyrosły rogi, które unieśmiertelniła znana rzeźba Michała Anioła.

Zaprawdę powiadam Wam, iż wagę przekładu Biblii, czytawszy słowa moje, sami dobrze rozumiecie. Brzmi znajomo? To żaden cytat ze świętej księgi, ale charakterystyczny element swojskich tłumaczeń, czyli polski styl biblijny. Swoje korzenie ma jeszcze w średniowieczu i stanowi schedę po podejściu polskich tłumaczy do dość dosłownego przekładania tekstu. I rzekłem: bez problemu z językiem biblijnym go skojarzymy, albowiem poza Pismem Świętym konstrukcji i słów owych nie używa się.

KONKURS!

Jak zatem ugryźć problematyczny świat tłumaczeń? Najlepiej – licząc na siebie! Nic nie zastąpi czytania lub oglądania w oryginale – wówczas sami jesteśmy przetwornikiem informacji i nie trzeba liczyć na sugestie kogoś innego. Tylko co, jeśli na drodze stoi myśl: „Czy dam radę w obcym języku?”

Z pomocą przychodzi nowa seria „Czytamy w oryginale”. To dwujęzyczne adaptacje klasyków światowej literatury. Pozwalają zrobić pierwszy krok do lektury po angielsku i szlifowania w ten sposób umiejętności językowych przez kontakt z żywą, a nie podręcznikową angielszczyzną. Przetłumaczona, polska wersja językowa stanowi ratunek w sytuacji problematycznej. Dziś, 16 maja, premierę ma przygodowa „Wyspa skarbów”, w której Robert Louis Stevenson zabiera czytelników do świata piratów. Kolejne części serii (m.in. Robinson Crusoe, Przygody Tomka Sawyera, Drakula lub Moby Dick) ukazują się regularnie co 2 tygodnie – można je kupić pod tym adresem.

Dla naszych odbiorców wraz Literia.pl mamy konkurs, w którym do wygrania są trzy zestawy książek z serii „Czytamy w oryginale” (w każdym z nich znajdą się: Przygody Sherlocka Holmesa [redakcyjny faworyt!], Rozważna i romantyczna i Wyspa skarbów).

Zadanie konkursowe jest proste – wciel się w rolę kreatywnego tłumacza i zaproponuj przekład lub parafrazę nazwy Polimaty na język angielski lub (opisowo) na polski.

Granicą – tylko wyobraźnia. Książki trafią do osób, które na konkurs@polimaty.pl prześlą nam najciekawsze propozycje do 18.05.2018 (piątek) do godz. 23.59. Autorów najlepszych propozycji wybierze redakcja Polimatów. Zwycięzców o wygranej poinformujemy w ciągu 14 dni od zakończenia konkursu przez maila i na stronie Polimatów. Powodzenia!

Bibliografia:

  • Albińska, Karolina. „„Tylko to, co najlepsze, jest dość dobre dla dzieci”, czyli o dylematach tłumacza literatury dziecięcej.” Przekładaniec 2009.Numer 22-23 (2011): 259-282.
  • Berezowski, Leszek. „Skąd się biorą polskie tytuły amerykańskich filmów.” Przekładając nieprzekładalne II. Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego (2004): 313-323.
  • Borodo, Michał. „„Widział na ulicy Murzyna, ale nie ludożercę”. O tłumaczeniu i poprawności politycznej.” Przekładaniec2016.Numer 33 (2017).
  • Dębski, Antoni. „Translatologia. Podstawowe problemy, stan i perspektywa badań, zainteresowania badaczy.” Rocznik Przekładoznawczy. Studia nad teorią, praktyką i dydaktyką przekładu 2 (2006): 11-40.
  • Marcin Majewski, Jak przekłady zmieniają Biblię. O teorii i praktyce tłumaczenia Pisma Świętego (Kraków: Uniwersytet Papieski Jana Pawła II 2013 [skrypt]).
  • Palion-Musioł, Agnieszka. „Przekład audiowizualny jako wyzwanie dla współczesnego tłumacza. Narzędzia oraz metody wykorzystywane w procesie translatorycznym.” Rocznik Przekładoznawczy 7 (2012): 95-108.
  • Szczęk, Joanna, and Marcelina Kałasznik. „Utracone w tłumaczeniu–o problemach z tłumaczeniem nazw potraw z języka polskiego na język niemiecki.” Rocznik Przekładoznawczy10 (2015): 223-241.
  •  http://goodstory.pl/polecane-ksiazki/ktore-tlumaczenie-wladcy-pierscieni-jest-najlepsze/
  • http://www.rjp.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=1663:aragorn&catid=76&Itemid=146
  • https://www.ranker.com/list/the-50-most-absurd-translations-of-film-titles/molly-mahan
  • https://kultura.onet.pl/film/wiadomosci/tytuly-filmow-17-najgorszych-tlumaczen-tytulow-filmow/jqvyvfw#slajd-16
  • https://www.wprost.pl/10555/Horror-przekladow
  • http://dzieje.pl/artykuly-historyczne/jimmy-carter-w-polsce-nadzieja-dla-wladz-szansa-dla-opozycji
  • http://content.time.com/time/specials/packages/article/0,28804,1880208_1880218_1880227,00.html
  • http://www.bbc.com/culture/story/20150202-the-greatest-mistranslations-ever

 

Udostępnij: