Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko

W Gabinecie Owalnym prezydenta Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy w historii znajdowało się tak wiele osób. Słychać było jedynie nerwowe rozmowy ludzi, którzy chcieli zachowywać się maksymalnie cicho, ale szepty wspólnie składały się na spory gwar. Ucichł całkowicie dopiero w momencie, gdy żołnierz w galowym mundurze wniósł mały przedmiot przykryty szklaną osłoną. Wzrok wszystkich skupił się na czarnej obudowie, w którą wtopiony był zielony przycisk. „Nie powinien być czerwony?” – zapytał prezydent, starając się rozluźnić atmosferę, ale jego żarcik nie wywołał uśmiechu na żadnej twarzy. Prezydent natychmiast podniósł szklaną obudowę i nacisnął przycisk. Nad zebranymi zaległa głucha cisza.

Właśnie tak w iście hollywoodzkiej wizji mogłyby wyglądać ostatnie chwile ludzkości na Ziemi, której egzystencja zostałaby przerwana przez ogólnoświatową wojnę nuklearną. Co w takim przypadku zakończyłoby radosne życie na naszej planecie? Produkt stworzony przez… ludzi. W myśl popularnej teorii człowiek nie przetrwałby tak potężnego uderzenia broni atomowej, a przeżyłyby wyłącznie karaluchy. Mimo, że te owady są w stanie wytrzymać dawkę napromieniowania 10-krotnie większą niż ludzie, to jednak jest małe prawdopodobieństwo, że udałoby im się przetrwać nuklearny kataklizm. Zdecydowanie większe szanse miałaby bakteria zwana Deinococcus radiodurans, której nazwa dosłownie oznacza „straszne radioodporne ziarenko”. Co jest w niej takiego wyjątkowego? May Berenbaum, entomolog z Uniwersytetu Illinois, przywołuje badanie, które wykazało, że ta niezwykła bakteria o zapachu zgniłej kapusty uwielbia zajmować tereny w pobliżu odpadów radioaktywnych i wytrzymuje promieniowanie na poziomie… 1,5 miliona radów! To ponad 1000 razy więcej niż mógłby znieść człowiek! Gdy jeszcze zamrozilibyśmy tę bakterię, to spokojnie przeczekałaby nawet 3 miliony radów! Dawno nie byłoby wtedy śladu po właściwie jakichkolwiek zwierzętach na świecie. Jedyne co powstrzymuje nas przed sprawdzeniem takiego scenariusza i odpalenia całego arsenału atomowego to inny wynalazek ludzkości – międzynarodowa polityka. 

To pokazuje, że osiągnięcia ludzi są jak skalpel. Z jednej strony mogą działać cuda, pomagać i sprawiać, że świat jest lepszym miejscem. Z drugiej – mogą zadawać niewyobrażalne cierpienie i powodować ból. Jak znaleźć równowagę między jednym, a drugim? Być może nigdy nam się to nie uda.

Jak przekonuje Tom Philips w swojej genialnej książce pt. „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” na każde osiągnięcie, które napawa nas dumą z przynależności do gatunku Homo sapiens(sztuka, nauka, puby), zawsze przypada coś innego, co sprawia, że z konsternacją i rozpaczą kręcimy głowami (wojna, skażenie środowiska, puby na lotniskach). Autor stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, które ciśnie się na usta, gdy oglądamy relację z konfliktów zbrojnych, słyszymy o ginących gatunkach zwierząt czy staramy się złapać oddech w powietrzu pełnym smogu: „o cholera, co myśmy zrobili?”.

Sięgając po książkę Philipsa spodziewałem się ekstremalnej podróży przez najbardziej kreatywne i katastrofalne porażki w historii ludzkości, począwszy od upadku naszego praprzodka z drzewa, do najbardziej spektakularnych współczesnych klęsk gatunku ludzkiego.

Szybko okazało się, że otrzymałem dużo więcej. Razem z autorem udało mi się zrozumieć to dlaczego popełniamy ciągle te same błędy i nie wyciągamy z nich wniosków. „Ludzie. Krótka historia o tym, jak spieprzyliśmy wszystko” to w rzeczywistości fascynująca wyprawa w głąb ludzkiej psychiki. Bez wahania dołączam ją do listy zalecanych lektur, którą przygotowuję dla mojego syna. 

Książkę można kupić pod tym adresem: http://tiny.cc/empik-krotka-historiado czego szczerze zachęcam!

Do poczytania!

Udostępnij: